Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Download Joomla Templates by NewJackets

Piątek

Opublikowano: niedziela, 08 sierpień 2021

Piątek – 20.08

1) Konferencje

Temat dnia: Pochylić się nad potrzebującym

Temat konferencji: Głębia nauki papieża Franciszka – „Fratelli tutti”

            Znasz tę twarz. Potrafisz odczytać emocje, które się na niej rysują. A jednocześnie boisz się czy wypowiedziana za chwilę opinia, najszczerzej wyznawany pogląd osoby, na którą właśnie patrzysz, nie rozbije skrzętnie budowanej atmosfery. Dobrze jest, jak jest, a każde słowo może nas raczej od siebie oddalić, niż zbliżyć. Poglądy polityczne, pandemia, szczepionki, podejście do wychowania dzieci, sposób spędzania wolnego czasu… Jeszcze długo można wymieniać sprawy, które jak samurajski miecz próbują porozcinać delikatnie splecione relacje z bliższymi i dalszymi osobami. W sumie nie same sprawy i problemy nas dzielą, ale nienazwane, powszechnie obecne, przywiązanie do własnego sposobu ich przeżywania, wartościowania czy (nie)radzenia sobie z nimi. Tak wielu wśród nas konkurentów, a tak niewielu braci. Nie da się ukryć, że znajdujemy wokół siebie osoby, które mają do załatwienia podobne sprawy, które w jakiejś mierze podzielają nasz światopogląd. W ten sposób pozyskujemy partnerów. To jednak wciąż zbyt mało. Wspólnie z partnerem mogę zadbać o realizację swoich (także tych najświętszych) interesów. Ale przecież nie interesy są podstawą relacji międzyludzkich. Tak. Ryzykowne zdanie, bo może i w praktyce są, ale w sumie nie powinny być.

         „Fratelli tutti” – wołał w XIII wieku Biedaczyna z Asyżu – „wszyscy braćmi” – powtarza za nim Franciszek, papież drugiej i trzeciej dekady XXI wieku. W najmłodszej encyklice biskup Rzymu prowokuje nas do zmierzenia się z odważnym pytaniem czy rzeczywiście widzimy wokół siebie siostry i braci, czy może patrzymy w kategoriach współwyznawców, partnerów, konkurentów, przyjaciół, wrogów i wreszcie tych „innych”, których tak bardzo nie rozumiemy, że najlepiej się czujemy, gdy nie ma ich w pobliżu. Dostępne na wyciągniecie ręki media społecznościowe wcale nam nie ułatwiają zadania. Skonstruowane są w ten sposób, że zamykają nas w „bańkach” z ludźmi podobnie myślącymi, albo raczej należałoby powiedzieć: klikającymi, bo taką aktywność rejestruje sztuczna inteligencja obecna pod milionami liter, zdjęć, dźwięków i obrazów. Kliknięcie za kliknięciem utrwalamy pędzącą lawinę, która subtelnie ciekawość świata przykrywa poczuciem wspólnoty z podobnymi do nas, a innych kreuje na zawodników przeciwnej drużyny, z którymi właśnie toczymy jakiś niezmiernie ważny mecz. Powszechne braterstwo – żywe marzenie papieża Franciszka, może w takim kontekście uchodzić wręcz za pewnego rodzaju naiwność, a może i słabość. „Nie ukrywajmy” – powiedziałby człowiek, który uchodzi za rzecznika naszych interesów – „że są siły, które w sposób celowy i zamierzony próbują nas zdominować. Miejmy oczy otwarte”. Braterstwo teraz, dzisiaj, może uchodzić za coś tak nierealnego, że wręcz niebezpiecznego. Czy ten, któremu dzisiaj podam dłoń, nie wbije jutro noża w moje plecy? Czy szukanie dialogu za wszelką cenę nie okrada mnie z własnej tożsamości? Przyznajmy się szczerze. To są także pytania naszych umysłów, nierzadko zaprogramowanych przez inżynierów społecznych.

         Aby lepiej zrozumieć dlaczego Franciszkowi tak bardzo zależy na owym programowym braterstwie wszystkich na świecie, zobaczmy niezwykłe powiązania z jego świętym imiennikiem z Asyżu. To właśnie w tym miejscu, przy grobie św. Franciszka, w 794. rocznicę jego śmierci, w październiku ubiegłego roku, papież podpisał encyklikę „Fratelli tutti”. To właśnie w duchu założyciela zakonów franciszkańskich, Franciszek, jako pierwszy papież w historii, w 2019 roku odwiedził Półwysep Arabski. Pojechał tam, by spotkać się z jednym z najwyższych duchowych autorytetów islamu, z sunnickim wielkim imamem Ahmadem Al-Tayyebem. Obaj podpisali wspólny dokument o braterstwie. Dokładnie 800 lat wcześniej, w roku 1219, Franciszek z Asyżu spotkał się z sułtanem Malikiem-al-Kamilem, by w czasie trwającej wyprawy krzyżowej rozmawiać o pokoju. Tam, gdzie inni widzą zarzewie wojny, Duch Święty inspiruje wrażliwych ludzi do szukania dróg coraz bardziej autentycznego pojednania.

         Jeżeli wchodzę na drogę nawrócenia, która prowadzi mnie, aby w każdym bliźnim - blisko, ale też na drugiej półkuli - widzieć coraz bardziej siostrę lub brata, przekłada się to na moje podejście do świata i tego, jak jest on poukładany. Stąd „Fratelli Tutti” sam ojciec święty określa jako encyklikę społeczną. Niektórym w głowie mogą się zapalić czerwone i żółte lampki, że oto Kościół zajmuje się polityką. Czy nie jest raczej odwrotnie? Daliśmy sobie wmówić, że naszym zadaniem jest modlić się, chodzić na pielgrzymki, a naszymi sprawami społecznymi zajmą się wybrani przez nas przedstawiciele, którzy jednak wchodząc w politykę przez duże „P” potrafią zdumiewająco szybko odkleić się od tych, którzy im tego mandatu udzielili. Kończy się na niewypowiedzianej zasadzie „Ty, katoliku się módl, a politykę zostaw mądrzejszym”. Próbujemy oczywiście dbać o to, aby wybierani przez nas reprezentanci podzielali naszą wrażliwość sumienia, ale koniec końców w praktyce życia społecznego Ewangelia wydaje się tak niedoścignionym ideałem, że gdy ktoś (w tym momencie papież) na jej podstawie wysuwa odważne postulaty, to może się to spotkać z pełnymi politowania uśmiechem, albo wręcz negacją. Franciszek w „Fratelli tutti” nie opowiada się za taką, czy inną partią polityczną, ale marząc o świecie, w którym realnie oddychamy realizacją przykazania miłości, podpowiada co powinno być filarem tego świata.

         Kluczem do przeżywania relacji z bliźnimi powinna stawać się dla nas przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Życie dostarcza nam wiele powodów do mówienia „nie” na apel płynący z twarzy drugiego człowieka. Możemy przechodzić obok niego obojętnie. Możemy też przejąć się do głębi serca i okazać nie tylko empatię, ale też czułość. Zdolność do kochania nie jest zarezerwowana dla wyznawców takiej, czy innej religii, ale jako chrześcijanie, doświadczając miłości Ojca jesteśmy szczególnie wezwani do pytania się nie o to, kto jest naszym bliźnim, ale dla kogo to my możemy stać się bliźnimi.

         Ojciec święty postuluje, aby braterstwo popychało nas do większej solidarności w skali globalnej. Nie może tak być, że niewielu posiada wiele, a miliardy ludzi żyją w warunkach, które pozostawiają wiele do życzenia. Własność prywatna, według papieża, nie jest wartością absolutną. Od dawna w nauczaniu Kościoła istnieje przekonanie o powszechnym przeznaczeniu dóbr, tzn. to, co mamy ma służyć wszystkim, a nie tylko niektórym.

         Realizacja przykazania miłości według papieża nie jest do pogodzenia z trzema sprawami, które mogą się nam kojarzyć z ludzką sprawiedliwością: karą śmierci, wojną i bronią. Już św. Jan Paweł II podpowiadał, że kara śmierci we współczesnym systemie penitencjalnym nie jest sprawą konieczną, bo przecież istnieją narzędzia resocjalizacji, które należy rozwijać. Franciszek myśląc o konfliktach jasno pokazuje, że przemoc nie jest środkiem służącym do ich rozwiązywania, dlatego apeluje cytując św. Jana XXIII: „Nigdy więcej wojny!”. Olbrzymie sumy pieniędzy przeznaczane na zbrojenia można, a nawet należy przeznaczyć raczej na programy żywieniowe. Nie może tak być, że w jednej części świata ktoś głoduje, a w innej ktoś wyrzuca jedzenie. Pokój jest dziełem, do którego każdy powinien wnieść swój wkład i to zadanie nigdy się nie kończy. Z pokojem związane jest przebaczenie: należy kochać wszystkich, bez wyjątków – czytamy w Encyklice – ale kochać prześladowcę oznacza pomóc mu zmienić się i nie pozwolić na dalsze uciskanie bliźniego. Przebaczenie to nie bezkarność, ale raczej sprawiedliwość i pamięć, ponieważ przebaczenie nie oznacza zapomnienia, ale odrzucenie niszczącej siły zła i zemsty.

         Dojrzewanie do miłości podobne jest do pielgrzymki. Przemierzamy drogę, krok za krokiem zbliżamy się do upragnionego celu. Zmierz się dzisiaj z pytaniami: Ile kroków zostało mi do przebycia, abym rzeczywiście przestał traktować innych jak konkurentów, albo nawet wrogów? Ilu mam braci? Ile mam sióstr? Komu ostatnio przebaczyłem? Komu nie chcę, albo nie potrafię wybaczyć? Czy stać mnie, aby także w wyznawcach innych religii zobaczyć braci i siostry? Czy jestem człowiekiem pokoju?

KONFERENCJA II

Temat dnia: Pochylić się nad potrzebującym

Temat konferencji: Od eucharystycznego ołtarza do posługiwania bliźnim

„Następnie wziął chleb, odmówiwszy dziękczynienie połamał go i podał mówiąc: «To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę!»” / Łk 22, 19/

Nasz nieskończenie dobry Bóg z miłości dla nas przyjął ludzkie ciało i stał się człowiekiem, by każdy  z nas mógł mieć udział w Jego Królestwie, które nie ma końca. Stając się człowiekiem, przyjął na siebie nasze grzechy i słabości, byśmy mogli wrócić do jedności z Nim. Do tej jedności, którą straciliśmy przez grzech. Umiłował nas aż do końca, aż po krzyż, oddając za nas swoje życie. Ale Jego miłość do nas jest potężniejsza niż śmierć. Jezus zmartwychwstając daje nam obietnicę życia wiecznego z Nim na zawsze. Nasze życie jest podróżą z Nim prowadzącą do całkowitego zjednoczenia z miłującym nas Bogiem. W tej drodze Jezus nieustannie nam towarzyszy i nas w tej drodze umacnia. Zostawił nam swoje ciało i swoją krew jako pokarm, abyśmy w tej drodze nie ustali, byśmy mieli siłę każdego dnia wybierać drogę z Nim , w Nim i dla Niego. Codziennie przygotowuje dla nas ucztę eucharystyczną byśmy mieli życie i to życie w pełni. On chce byśmy żyli z Nim na wieki.

Podczas Ostatniej Wieczerzy, Jezus ustanowił sakrament eucharystii. Ten, Który jest nieskończony, z miłości dla nas pozwolił się zamknąć w małym białych kawałku chleba. Stał się pokarmem, abyśmy mogli się nim karmić, abyśmy mieli życie i to życie w obfitości. Jak nas poucza św. Augustyn: „ niespokojne jest nasze serce dopóki nie spocznie w Bogu”. Całe nasze życie jest pielgrzymką do Boga, który obiecał nam, że będziemy żyć wiecznie z Nim . W tej drodze nie pozostawił nas samych, ale nieustannie nam towarzyszy, karmi nas i wzmacnia swoim ciałem i krwią. Każdego dnia na ołtarzach całego świata On zstępuje i ofiarowuje się nam jako pokarm na życie wieczne. Każda Eucharystia jest dla nas zaproszeniem do udziału w Jego życiu. Karmiąc się chlebem eucharystycznym, karmimy się samym Bogiem. On nas przenika i staje się obecny we wszystkich tkankach i komórkach naszego ciała. Stajemy się całkowicie Jego, a On staje się nasz. Jego miłość jest niezwykle delikatna, do niczego nas nie przymusza. Cierpliwie czeka aż sami zaprosimy go do naszego życia i serca. „ Oto stoi u drzwi i kołacze”/por Ap 3,20/. Czeka aż przyjmiemy Jego zaproszenie na ucztę, którą On sam dla nas przygotowuje. Możemy Go spożywać i Nim się napełniać. Pomimo różnych przeciwności, które nas w drodze spotykają , mamy pokarm, który daje życie i to życie w obfitości. W małym białym chlebie Bóg daje się nam cały. Karmi nas i uzdalnia do pójścia do naszych braci i sióstr, których spotykamy na drogach naszego życia. To Jego moc sprawia, że rodzi się w nas pragnienie by ci, których spotykamy na drogach naszej codzienności, również spotkali i poznali Boga, który kocha nas miłością bez granic. To właśnie ja, karmiąc się i przyjmując Boga do swojego serca , mogę Go zanieść wszędzie tam, gdzie się znajdę – do mojej rodziny, do miejsca mojej pracy, do szkoły, do znajomych z sąsiedztwa. To ja, dzięki eucharystii mogę być nosicielem Boga, jak często mawia kard. Konrad Krajewski- jałmużnik papieski. Karmiąc się Bogiem mogę przekazywać innym Jego miłosierną miłość. Przyjmując Jezusa do swojego serca i życia, mogę Go przynosić i się Nim dzielić z innymi. Z moimi najbliższymi, tymi których bardzo kocham, ale mogę Go także zanieść do tych, których trudno jest mi kochać. Poprzez moje delikatne gesty dobroci i zwykłej ludzkiej życzliwości, wszyscy, którzy mnie spotykają mogą Go doświadczyć i spotkać. Ważne, żeby Go sobą nie przysłaniać, żeby Mu nie przeszkadzać w miłowaniu innych, których chce dotykać poprzez nasze gesty i słowa. Dzięki eucharystii możemy Go zanieść każdemu spotkanemu człowiekowi. Wiele jest w naszym życiu sytuacji, kiedy spotykamy człowieka w potrzebie. Czasem będzie to ktoś ubogi, bezdomny, odrzucony czy samotny lub po prostu ktoś, kto utracił radość i sens życia.

Kiedyś wraz z wolontariuszami pojechaliśmy w odwiedziny do pana Marka, który po śmierci mamy został sam w dużym mieszkaniu. Kilka lat temu na skutek wypadku został przykuty do łóżka, porusza się tylko w obrębie swojego mieszkania na wózku inwalidzkim. W mieszkaniu nie ma prądu ani łazienki. Kiedy podczas naszego pierwszego spotkania zapytałam go, w czym możemy mu pomóc, odpowiedział, że właściwie niczego nie potrzebuje. Koledzy przynoszą mu jedzenie i jakoś sobie radzi. Bardzo mnie uderzyło to, że wcale nie narzeka na swój los, ani słowem się nie poskarżył na nic, choć spał na starej połamanej wersalce. Zapytaliśmy, czy możemy mu chociaż wstawić nowe łóżko. Pozwolił nam, a uśmiech i radość na jego twarzy były bezcenne. W jego oczach odbijało się niebo.

Nasze osobiste spotkanie i przyjęcie Boga w eucharystii pozwala nam także rozpoznawać Go w drugim człowieku. Możemy odnajdywać Jego obecność w twarzy naszego brata czy siostry. Każdy napotkany człowiek, a szczególnie ubogi i potrzebujący, jest dla nas przypomnieniem o Bożej obecności. To w ich nędzy i ubóstwie  Bóg jest obecny. Dzieląc się naszą miłością, czasem i dobrami materialnymi z potrzebującymi, możemy spotkać Boga , bo to On sam nas o tym zapewnia; „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” /Mt 25,40/. Sam Jezus identyfikuje się z tymi najbardziej odrzuconymi i pogardzanymi. W nich On sam do nas przychodzi. I żebrze o naszą miłość. I znowu, z niezwykłą delikatnością, do niczego nas nie przymusza, ale subtelnie przychodzi i czeka na naszą miłość, wyrażoną w konkretnym geście dobroci. To ten sam Bóg , którego spotykamy w eucharystii, którym się karmimy i  którego przyjmujemy do naszego serca, którego adorujemy w Najświętszym sakramencie. To właśnie adoracja Boga ukrytego w białej kruchej hostii, pozwala nam Go potem dostrzegać w obliczu naszych ubogich braci i sióstr. Nasza zdolność do rozpoznawania Go rodzi się właśnie z przebywania z Nim na modlitwie, na adoracji. Im więcej z Nim przebywamy, pozwalamy Mu dotykać i przemieniać  nasze serca, tym łatwiej będzie nam Go rozpoznawać w naszej codzienności. Im bardziej się Nim napełniamy , tym więcej chcemy się Nim dzielić z innymi. Nasz Bóg jest Bogiem relacji. Do tej relacji jedynej, intymnej i niepowtarzalnej z Nim samym zaprasza nas każdego dnia. Ale też pragnie, byśmy innych do Niego przyciągali. Pragnie ich kochać i spotykać się z nimi poprzez nasze  słowa i czyny. Zbliżając się do drugiego człowieka, wyciągając do niego pomocną dłoń, możemy spotkać i rozpoznać Boga. Oczami wiary możemy go zobaczyć już tu i teraz, w miejscu naszej codziennej egzystencji. To nas już przygotowuje na spotkanie z Nim w wieczności.

Każdy człowiek, szczególnie ubogi i potrzebujący jest dla nas szansą i okazją byśmy się otworzyli na Boga, który przychodzi i jest inny niż sobie to wyobrażamy.

2) Rozważania Drogi Krzyżowej

Wprowadzenie

Chrystus Pan przeszedł drogę pełną, bólu, ran, cierpienia, smutku i… miłości. Tak droga, którą przeszedł Pan Jezus była drogą naszego ludzkiego życia. Bo takie ono jest, nie zawsze piękne i kolorowe. Nie raz potykamy się i upadamy, odczuwamy bole i smutki a ludzie wokół zamiast pomagać to krzyczą i plują w twarz. Lecz Pan wskazał drogę, przeszedł pierwszy i wcześniej zaznaczył co jest siłą, wskazał dlaczego to zrobił. To miłość, miłość Boga do człowieka. On każdego dnia jest z nami.

Stacja I Pan Jezus na śmierć skazany

Stoi niewinny Jezus. Pokornie wysłuchuje tych wszystkich fałszywych zarzutów i przyjmuje wyrok śmierci straszliwej. Ileż razy spotyka nas dokładnie to samo. Ludzie tak często nie znając pełnej prawdy osądzają i rzucają w naszą stronę oskarżenia, raniąc głęboko. Czasem nawet bronić się przed tym całym  złem nie możemy, bądź nie potrafimy. Bo tłum krzyczy, bo przeciwności zbyt wielkie do uniesienia. Westchnijmy zatem O Jezu kochany pomóż mi przyjąć i pomóż znieść wszystkie trudy mego życia.

Stacja II Pan Jezus bierze krzyż na swe ramiona.

Wielkim trudem jest będąc  już umęczonym i ubiczowanym przez życie przyjąć dodatkowy krzyż. Chrystus bierze krzyż naszych win. Jego święty krzyż to nasze zbawienie, nasze odkupienie, bo ten krzyż to moje grzechy, moje bóle, moje trudy. Ten krzyż to mój krzyż. Jezus chwycił i przyjął go już ponad 2 tysiące lat temu. Jezus już go trzyma, nie zwlekaj, przyjmij go, ale idź i nie poddawaj się bo Jezus idzie z Tobą, nie jesteś sam.

Stacja III Pan Jezus pierwszy raz pod krzyżem upada.

Ileż to razy upadamy w grzechu. Ileż to razy przygniata nas życie problemami tak, że mamy dosyć wszystkiego.. ale to nie koniec. Patrz przed siebie. Co było prawdziwym powodem podjęcia krzyża? co jest dla mnie najważniejsze? Rodzina, dom, moje powołanie? To wszystko ma sens o to trzeba walczyć, iść bo wszystko co kochamy i na czym nam zależy w tym nasze szczęście jest trudne do osiągnięcia.. ale nie wolno pozostać przygniecionym przez krzyż. Jezus jest z nami On ma siłę by powstać to i ja mam siłę by powstać bo Pan jest ze mną.

Stacja IV Jezus spotyka Swą Matkę

Idąc dalej drogą naszego życia z Jezusem nie można zapominać o miłości matki. Oczy Jezusa i Maryi spotkały się. Nawet gdyby chcieli coś sobie powiedzieć, tłum zagłuszył by słowa. Wzrok wystarczy, mówi wszystko. Obecność, obecność Maryi matki na drodze naszej drogi krzyżowej dodaje otuchy  i sił. Matka nigdy nie opuści , współczuje, towarzyszy. Z nią nigdy nie jesteśmy sami nawet na najcięższych drogach naszego życia. Jezus na naszej drodze stawia swoją matkę, pamiętajmy o Tym wielkim darze i pamiętajmy o naszych matkach.

Stacja V Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi

Jezus mógł przejść sam całą drogę gdyby tylko chciał, ale chciał czegoś innego. Pan Jezus ukazuje nam obecność innych w naszym trudzie i cierpieniu. Chrystus nie zważa na to kim jest Szymon, przyjmuje jego pomoc i jest mu niezmiernie wdzięczny! Mało tego od teraz nie ma miejsca na samotność i opuszczenie. Chrześcijanin nie może dopuścić by ktoś cierpiał i zmagał się ze swoim krzyżem sam. Bo nie tędy wiedzie droga miłości. Droga do zbawienia nie wiedzie przez obojętność.

Stacja VI Weronika ociera twarz Panu Jezusowi

Chrześcijaństwo to życie w relacji, nigdy w samotności. Kościół to wspólnota. Jezus pragnął byśmy żyli we wspólnocie jak w jednej kochającej się rodzinie. Teraz Jezus, ja Szymon z Cyreny w drodze z krzyżem naszego życia. Na drodze staje Weronika. Nie zważa na tłum i żołnierzy, na to, co powiedzą inni. Kobieta ze szlachetnym i kochającym sercem bierze chustę i ociera pot i krew z twarzy umęczonego.

Stacja VII Drugi upadek pod krzyżem

Choć Jezus nie idzie sam, choć ja także żyję w rodzinie czy mam przyjaciół krzyż potrafi nas złamać i przycisnąć ponownie do ziemi. Krzyż uświadamia kolejną prawdę. Jezus choćby miał nie jednego pomocnika, choćbyśmy mieli wielu życzliwych ludzi wokół siebie to krzyż jest tylko i wyłącznie nasz i nikt nie może go za nas nieść i nikt inny przez ten krzyż do nieba nie wejdzie. Bo to jest nasz krzyż, nasze trudności, nasze zmagania, których nie możemy zwalić na innych ani też zawsze tylko liczyć na innych. Trzeba wstać, trzeba mieć dużo własnych sił by wstać. Tylko Jezus jest zawsze, bo tylko z nim niosę wspólnie krzyż.

Stacja VIII Pan Jezus spotyka płaczące niewiasty

Zadziwiające jest to, co Chrystus czyni. Ogromny ból czuje straszny ciężar, a w tym swoim cierpieniu wciąż dostrzega innych, dostrzega smutek, płacz i nieszczęście innych zatrzymuje się, potrafi poświęcić im swój czas nawet jeśli jest to tak trudna godzina. Ponadto nie tylko nakazuje im nie płakać nad Nim, ale jeszcze daje im radę, poucza.

Stacja IX Pan Jezus trzeci raz pod krzyżem upada

Ileż można. Jak długo jeszcze, jak wiele bólu jeszcze mam znosić, nie mam sił, nie wstaję! Mam wszystkiego i wszystkich dosyć.. Nie! Nie tak! Chrystus zapewne widział już szczyt i nie myślał, tak jak każdy z nas. Patrzył na szczyt i widział miejsce, gdzie pokona szatana, gdzie śmierć zostanie pokonana, wreszcie miejsce, gdzie zatriumfuje miłość, gdzie całe życie, jego misja się dopełni a człowiek zostanie zbawiony, ja zostanę zbawiony, mój krzyż zostanie zaniesiony do końca! Nie ma innej drogi nie ma innego zakończenia.

Stacja X Pan Jezus z szat obnażony

Trudna to część drogi. Nie dość, że za moment nadejdzie straszliwe przybicie do krzyża to teraz żołnierze obdzierają z godności, Jezus tu nie ma już nic.. nawet czegoś tak podstawowego jak szata. Mimo to cierpliwie znosi to wszystko, nie przeklina ludzi, nie skarży się Ojcu, że przez takie męczarnie musi przechodzić, bo ufa swemu Ojcu, bo wie, że tak musi być. To całe cierpienie i trudy mają sens. Zbawienie i życie wieczne ludzi, których Bóg kocha. Kochać to mieć siłę.

Stacja XI Przybicie do krzyża

Każdy z nas przeżywa takie chwile kiedy mówi, że dał się w coś „wkopać” lub mówimy że daje się wykorzystywać, albo, że ktoś ma miękkie serce i nie potrafi odmówić. Tak, to właśnie tylko, dlatego, że Bóg ma miękkie i kochające serce otwarte nam zostały bramy Nieba. Mało tego nawet nikt Go o to nie prosiłby zrobił tak wielkie dzieło dla człowieka. Ale zrobił, bo ukochał nas tak wielką miłością, że pozwolił się przybić do krzyża. A my, na co potrafimy zdobyć się dla innych? Dla tych, których kochamy?

Stacja XII Pan Jezus umiera na krzyżu

Chrystus umiera na krzyżu, najpierw pozwolił się do niego przybić a teraz umiera na nim. Wraz z Jego śmiercią ja odzyskuję życie, prawdziwe życie. Bo Chrystus daje całego siebie oddaje swoje ciało i swoją krew za mnie. Lecz to się nie skończyło. To nie tylko jeden historyczny moment. On na każdej Eucharystii umiera za mnie, na każdej Mszy Świętej oddaje za mnie swoje życie i karmi swym ciałem i swoją krwią, bym miał siły iść tą drogą mojego życia. Chrystus daje siebie każdego dnia i każdego dnia wyrusza z nami w drogę, pragnie nas wspierać i dodawać swych sił potrzebnych do niesienia krzyża i powstawania. Tylko od nas zależy czy przyjdziemy by się posilić, by znaleźć wiarę i ufność.

Stacja XIII Pan Jezus z krzyża zdjęty

Dokonało się. Każde trudy i cierpienia w końcu muszą minąć. Ciało pozostaje na ziemi a Duch odszedł w Ojca ręce. Nie tu na ziemi moje szczęście ostateczne. Choćbym posiadł wszystko na świecie to i tak nigdy nie dowiem się czy szczerze jestem kochany, prawdziwie szanowany przez innych. Ostatecznie zabierze mnie śmierć. Lecz można żyć blisko Boga, który jest miłością, radością, pięknem i źródłem wszelkiego dobra, troszczącym się o nas i pragnącym naszego szczęścia, lub z dala od Niego a po śmierci żyć w wiecznym szczęściu lub …

Stacja XIV Złożenie do grobu

Grób dla jednych koniec, dla nas chrześcijan, dzieci Bożych to tylko chwila oczekiwania. Chrystus, jako pierwszy zmartwychwstał i odszedł do domu Ojca w ciele uwielbionym. Dnia, w którym i nas to spotka nie znamy. Zostaje nam jedynie z ufnością, wiarą i miłością czekać tego dnia. Jedno jest pewne, jeśli prawdziwie będziemy żyć i będziemy w pełni, jako Jego dzieci nie pozwoli nam pozostać w grobie ale przyjdzie po nas z sam Jezus z radośnie wyciągniętymi dłońmi i miłością w oczach po czym obejmie w swe ramiona i przytuli do swego kochającego serca.

Zakończenie

Pamiętajmy, że Pan nasz z miłości dla każdego z nas podjął się przejść drogę krzyżową naszego życia. Każdego dnia jest gotów upadać i powstawać, wystawi się na oszczerstwa i baty, odarcie z szat godności, zostawia wszystko i nawet.. Codziennie składa się na ołtarzu by oddać Ci swoje Ciało i swoją krew by nakarmić cię miłością i dać wszelkich potrzebnych sił by zwyciężyć tak jak Chrystus zwyciężył. By tak jak On wejść w Niebo, odzyskać raj i osiągnąć wieczne szczęście i żyć w prawdziwej miłości po wszystkie czasy.

3) Rozważania Różańcowe

TAJEMNICE BOLESNE

1. Modlitwa Pana Jezusa w Ogrójcu

Na modlitwie w Ogrójcu Jezus zostaje sam, Jego najbliżsi uczniowie zamiast czuwać posnęli. Dla Jezusa jest to czas odosobnienia, rozmowy z Bogiem Ojcem, refleksji i odcięcia się od wszystkiego. Pozostaje tylko Jezus i Bóg. Na drogach wiary potrzeba także i nam Ogrójca, czyli odcięcia się od świata, prawdziwej rozmowy i modlitwy z Bogiem. Potrzeba by został tylko Jezus i ja, a potem trzeba ruszyć w dalszą drogę.

2. Biczowanie Pana Jezusa

Jezus przy biczowaniu jest bierny. Przyjmuje to, co zostało Mu przygotowane. Choć Go niezmiernie boli, to On przyjmuje wolę Bożą, bo wie, że spełnia Jego plan. A jak  ja podchodzę do trudności? Nie muszę wszystkiego rozumieć, ale muszę wierzyć, że Bóg tak chce. A gdy dojdę do celu wędrówki drogi wiary, wtedy zrozumiem, jaki to miało sens.

3. Cierniem ukoronowanie

Na każdej drodze są kamienie, ciernie i przeszkody. Każdy z nas upada, więc pewnie i ja upadnę. Upadnę przez grzechy. I co wtedy? Trzeba podnosić się z dna, a temu ma służyć i temu ma pomóc sakrament pokuty. On nas przywróci na właściwą drogę i pozwoli, byśmy dalej kroczyli, ku wyznaczonemu celowi. A z każdego upadku mam wyciągnąć wnioski i wciąż pamiętać, że każdy grzech jest cierniem, który przebija głowę Jezusa.

4. Droga Krzyżowa

Są różne drogi… także te krzyżowe. Na każdej drodze napotkamy krzyże, którymi są trudności, problemy i kłopoty. Czy one są tylko po to, by nas zatrzymać na drodze wiary? Nie. Gdy zrozumiemy sens cierpienia i ofiarujemy wszystko Bogu, wtedy krzyż stanie się źródłem mądrości, łaski i siły.

5. Śmierć Pana Jezusa na Krzyżu

Śmierć na krzyżu wydaje się końcem drogi. Czy rzeczywiście tak jest? To nie koniec, Jezus Zmartwychwstanie. Nasze drogi też niekiedy na pozór kończą się. Pojawiają się kryzysy, trudności, nie mamy siły by iść dalej. Wtedy trzeba wyciągnąć dłoń do Boga. On podźwignie, pomoże. Żadne trudności nas nie pokonają, gdy będzie Bóg z nami, z Nim na pewno dojdziemy do celu.

4) Myśl przed Aniołem Pańskim

W refleksjach związanych ze stuleciem III powstania śląskiego nie powinno zabraknąć – choćby pobieżnego - przypomnienia jego dyktatora, Wojciecha Korfantego. Profesor Jan Miodek jest zdania, że Korfanty znaczy tyle, co rogaty. Trudno o nazwisko bardziej pasujące do charakteru. Urodzony w 1873 roku w górniczej rodzinie pod Siemianowicami, należącymi do kajzerowskich Niemiec, na chrzcie dostał imię Adalbert. Na Wojciecha zdecydował się dopiero jako dorosły, w roku 1901. Matka uczyła go czytać na "Kazaniach sejmowych" ks. Piotra Skargi, ale potem wpływ niemieckiej edukacji zrobił swoje i "Pana Tadeusza" gimnazjalista Korfanty musiał czytać z polsko-niemieckim słownikiem. Czytał na przekór nauczycielom. Z katowickiego gimnazjum usunięto go w końcu za propagowanie literatury i historii Polski i za polityczny spisek. Musiał nie być łatwym uczniem, skoro do 7-letniej szkoły uczęszczał przez dekadę i skończył ją eksternistycznie.

Polityk chadecki związał się w 1901 roku z Romanem Dmowskim i jego Ligą Narodową. W wieku 30 lat został posłem do Reichstagu i natychmiast przystąpił do Koła Polskiego. Szybko zyskał sobie miano świetnego mówcy. Na dwa tygodnie przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości wygłosił w parlamencie przemówienie o konieczności stworzenia państwa polskiego z ziem wszystkich trzech zaborów. Z uwzględnieniem Śląska. Ale równocześnie było to przemówienie niesłychanie przyjazne wobec Niemców. "Cenimy i szanujemy naród niemiecki - mówił. - Nigdy nie zapomnieliśmy, że ma on swój rzetelny wkład w rozwój świata. Przez stulecia ciemiężony demokratyczny naród polski wyciąga rękę do demokratycznego, wyzwolonego od prusactwa narodu niemieckiego i podaje mu braterską dłoń do pojednania dla wspólnego dobra". Przemówienie przyjęto dobrze, bo w Niemczech nastroje były wówczas mocno antypruskie.

O prawa Ślązaków do Polski i Polaków do Śląska Korfanty upominał się zresztą i wcześniej. W styczniu 1917 roku, atakując w pruskim Landtagu antypolską politykę rządu, deklarował jasno: Narodowo jesteśmy Polakami, a nie Prusakami mówiącymi po polsku. W odpowiedzi na te słowa inny śląski poseł Alfred von Strachwitz w liście do niemieckiego resortu spraw wewnętrznych napisał, że Korfanty jest bardziej mądry i bardziej niebezpieczny od komunisty Liebknechta.

Na Śląsku szybko zyskał miano "polskiego króla". Do historii przeszedł najpierw jako twórca tzw. linii Korfantego dzielącej Górny Śląsk na część niemiecką i polską, potem jako dyktator III powstania śląskiego.

Nominację na komisarza plebiscytowego z podpisem Józefa Piłsudskiego otrzymał 20 lutego 1920 roku. Podpis pod rozkazem o wybuchu III powstania złożył w nocy z 2 na 3 maja 1921.

- Jestem krwią z krwi i kością z kości waszej - pisał w manifeście do ludu górnośląskiego, synem biednego ludu górnośląskiego, który od 20 lat cieszy się waszym zaufaniem, który przez 20 lat walczy razem z wami o prawa i wolność Górnego Śląska. (…) Staję na czele naszego ruchu, aby ten ruch szlachetny przez zbrodnicze jednostki nie został zamieniony w anarchię.

W momencie szczytowych sukcesów militarnych strony polskiej Korfanty zmierzał do zakończenia powstania, w przekonaniu, że powstańcy nie byliby w stanie powstrzymać niemieckiego kontruderzenia. 9 maja 1921 r. nastąpiło zawieszenie broni. 21 maja Niemcy ruszyli z kontrofensywą w kierunku Góry św. Anny, którą wkrótce zajęli. Była to największa bitwa III Powstania Śląskiego – bitwa, którą strona polska przegrała. 4 czerwca Niemcy wznowili natarcie i wkrótce zbliżyli się do Kędzierzyna, który też został zdobyty. W tej sytuacji Korfanty ze zdwojoną siłą począł zabiegać o dyplomatyczne rozwiązanie konfliktu. Dyktator spotkał się jednak z opozycją części podwładnych. Doszło do buntu oficerów ze sztabu powstańczej Grupy Operacyjnej „Wschód”, którzy opowiadali się za kontynuacją działań militarnych. Korfanty uciekł się do aresztowania puczystów. 5 lipca 1921 r. podpisano rozejm, który faktycznie zakończył III Powstanie Śląskie.

Pamiętajmy w modlitwie o Śląsku i jego dawnych i obecnych mieszkańcach.

5) Myśl przed Koronką do Bożego Miłosierdzia

„WSZYSTKO POSTAWIŁEM NA MARYJĘ.”

15 maja 1981 roku, w godzinie apelu jasnogórskiego, Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński po raz ostatni przyjął sakrament pojednania. 16 maja, o godz. 9.30, otrzymał namaszczenie chorych. Potem powiedział:

„…nie piszę testamentu pastoralnego. Przyjdą nowe czasy, wymagają nowych świateł, nowych mocy, Bóg je da w swoim czasie. Pamiętajmy, że jak kardynał Hlond, tak i ja, wszystko zawierzyłem Matce Najświętszej i wiem, że nie będzie słabszą w Polsce, choćby ludzie się zmienili.”

Rok 1981 to był trudny rok dla Kościoła i dla Ojczyzny. 13 maja, na Placu św. Piotra, w Rzymie, strzelano do papieża Jana Pawła II. 28 maja odszedł Wielki Prymas. A 13 grudnia  1981 roku, stan wojenny okrył cały nasz kraj smutnym całunem przygnębienia i niepewności… Ale i wtedy Maryja była ze swymi dziećmi.

Kardynał Stefan Wyszyński, już w 1972 roku, w katedrze warszawskiej, powiedział:

„…Jeżeli syn ziemi śląskiej, pierwszy prymas na stolicy arcybiskupów warszawskich (Sługa Boży August Hlond) kazał się tutaj, w katedrze, pochować – chociaż świątynia ta była wówczas bez sklepień, wypełniona tylko lasem rusztowań – chciał przez to pouczyć, gdzie naród ma bazować swoją przyszłość i na czym ją oprzeć.”

Kim był, wspominany przez wielkiego następcę nawet na łożu śmierci, Prymas Polski August Hlond? Dlaczego na naszym pielgrzymim szlaku warto o nim wspomnieć, gdy jesteśmy już tak blisko Domu Matki?

Trzy lata temu, 19 maja 2018 roku, papież Franciszek podpisał dekret o heroiczności cnót kard. Augusta Hlonda. Jeśli tylko zostanie zgłoszony i uwiarygodniony przynajmniej jeden cud, dokonany za jego wstawiennictwem, otwarta będzie droga do beatyfikacji.

Urodzony w 1881 roku, w Brzęczkowicach (dzielnica Mysłowic) na Górnym Śląsku, został kapłanem w zgromadzenia salezjanów. W 1926 roku został pierwszym biskupem diecezji katowickiej. Kilka miesięcy później mianowany arcybiskupem gnieźnieńskim i poznańskim zostaje Prymasem Polski, a w 1927 roku – kardynałem. Przez cały czas kapłańskiego, biskupiego i prymasowskiego posługiwania, już w okresie międzywojennym, stanowczo bronił rodziny i młodego pokolenia przed demoralizacją i ateizacją przychodzącą w szatach postępu i nowoczesności. Ksiądz Prymas Hlond zdecydowanie występował przeciwko wszelkim próbom moralnej deprawacji narodu polskiego, uświadamiając, że rodzina jest najmniejszą komórką społeczną i jej rozpad jest zagrożeniem dla państwa i narodu. Zgłębiając nauczanie jego następcy, Prymasa Wyszyńskiego, warto wspomnieć o jego Czcigodnym Poprzedniku także z jeszcze jednego powodu. Otóż Prymas Tysiąclecia w swej posłudze, heroicznie poszedł dalej dobrze już wytyczoną drogą duchowości maryjnej swego wielkiego Poprzednika.

To właśnie kard. Hlond, w duchu orędzia fatimskiego, 8 września 1946 roku, wraz z całym Episkopatem, na Jasnej Górze, w obecności miliona Rodaków, dokonał aktu poświęcenia całej Ojczyzny Niepokalanemu Sercu Maryi. W ten sposób Polska stała się, po Portugalii, pierwszym krajem, który tego aktu dokonał zgodnie z prośbą wypowiedzianą przez Matkę Bożą w Fatimie.

Czcigodny Sługa Boży kard. August Hlond, zmarł nagle (dokładne przyczyny jego śmierci do dziś są nieznane), po udanej operacji, 22 października 1948 roku, mając 67 lat. Jego pogrzeb był wielką religijną i patriotyczną manifestacją.

30 lat później, również 22 października, miała miejsce inauguracja pontyfikatu św. Jana Pawła II…

Maryjo, dziękujemy Ci, że dałaś nam na trudne czasy  tak dobrych i wielkich Pasterzy.

Maryjo, wspieraj i dziś biskupów oraz kapłanów w ich wyjątkowej i niełatwej misji głoszenia Ewangelii Nadziei i Życia.

Maryjo, chroń młodych przed zagubieniem i pustką; wzbudzaj w nich  wielkie, Boże pragnienia: życia silniejszego od śmierci i wolności, której szczytem jest miłość.

Miłosierdzie Boże,

dające nam Najświętszą Maryję Pannę za Matkę Miłosierdzia, ufamy Tobie!