Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Download Joomla Templates by NewJackets

Wtorek

Opublikowano: sobota, 08 sierpień 2020

Wtorek – 18.08

1) Liturgia Słowa

(Ez 28, 1-10)
Pan skierował do mnie te słowa: "Synu człowieczy, powiedz władcy Tyru: Tak mówi Pan Bóg: Ponieważ serce twoje stało się wyniosłe, powiedziałeś: Ja jestem Bogiem, ja zasiadam na Boskiej stolicy, w sercu mórz – a przecież ty jesteś tylko człowiekiem, a nie Bogiem, i rozum chciałeś mieć równy rozumowi Bożemu. Oto jesteś mądrzejszy od Daniela, żadna tajemnica nie jest ukryta przed tobą. Dzięki swej przezorności i sprytowi zdobyłeś sobie majątek i nagromadziłeś złota i srebra w swoich skarbcach. Dzięki swojej wielkiej przezorności, dzięki swoim zdolnościom kupieckim pomnożyłeś swoje majętności, a serce twoje stało się wyniosłe z powodu twego majątku. Dlatego tak mówi Pan Bóg: Ponieważ rozum chciałeś mieć równy rozumowi Bożemu, oto dlatego sprowadzam na ciebie cudzoziemców – najsroższych spośród narodów. Oni dobędą mieczy przeciwko urokowi twojej mądrości i zbezczeszczą twój blask. Zepchną cię do dołu, i umrzesz śmiercią nagłą w sercu mórz. Czy będziesz jeszcze mówił: Ja jestem Bogiem – w obliczu swoich oprawców? Przecież będziesz tylko człowiekiem, a nie Bogiem w ręku tego, który cię będzie zabijał. Umrzesz śmiercią nieobrzezanych z ręki cudzoziemców, ponieważ Ja to postanowiłem" – mówi Pan Bóg.

(Pwt 32, 26-27b. 27c-28. 30. 35c-36b)
REFREN: Ja, Pan, zabijam i Ja sam ożywiam

Rzekłem: «Ja ich wytracę
wygubię ich pamięć u ludzi".
Ale się bałem drwiny wroga,
że przeciwnicy ich będą się łudzić.

Będą się łudzić, mówiąc: "Nasza ręka przemożna,
a nie Pan uczynił to wszystko".
Gdyż jest to plemię niemądre
i niemające rozwagi.

Jak może jeden odpędzać tysiące,
a dwóch odpierać dziesięć tysięcy?
Dlatego że ich sprzedała ich Skała,
że Pan na łup ich wydał.

Nadchodzi bowiem dzień klęski,
los ich gotowy, już blisko.
Bo Pan swój naród obroni,
litość okaże swym sługom.

 (Mt 19, 23-30)

Jezus powiedział do swoich uczniów: "Zaprawdę, powiadam wam: Bogatemu trudno będzie wejść do królestwa niebieskiego. Jeszcze raz wam powiadam: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego". Gdy uczniowie to usłyszeli, bardzo się przerazili i pytali: "Któż więc może być zbawiony?" Jezus spojrzał na nich i rzekł: "U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe". Wtedy Piotr rzekł do Niego: "Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy?" Jezus zaś rzekł do nich: "Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach, aby sądzić dwanaście szczepów Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci, siostry, ojca, matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne posiądzie na własność. Wielu zaś pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi".

2) Konferencje

KONFERENCJA (część I)

Sługa Boży kard. Stefan Wyszyński w diecezji opolskiej

POSŁUCHAJ

„Wyruszyłem w drogę do Opola o 8.15 w towarzystwie ks. prałata Borowca – pisał kardynał Stefan Wyszyński, 28 czerwca 1952 roku, w zapiskach „Pro memoriam” (Ku pamięci). - W lasach pod Opolem zapadamy na dobre dwie godziny. Cudowny wypoczynek. Mnóstwo jagód. Cóż z tego? Na znalezionej karcie zbieraczy wyczytałem, że jagody stanowią własność Skarbu Państwa i nie wolno ich kraść. Dotychczas czytałem w Piśmie Świętym, że nie tylko jagody, ale kiście gron z winnic można brać. Tyle, ile człowiek – przechodzień zdoła zjeść. Ale to są przepisy zacofane i wsteczne. Borówki są własnością Skarbu, bo tak chce postęp społeczny głoszony przez państwo ludowe.”

Ten wpis – z perspektywy lat śmieszny i gorzki zarazem – rozpoczyna relację z jednego z trzech pobytów w diecezji opolskiej prymasa Polski w latach 1952 i 1953. Dwa z nich wiązały się ze święceniami kapłańskimi,  jeden z jubileuszem 250-lecia przeniesienia obrazu Matki Bożej z Piekar do  Opola.

Trzeba przypomnieć, że Stefan Wyszyński urodzony w 1901 roku, wyświęcony na księdza w 1924, przed wojną był wykładowcą prawa kanonicznego i katolickiej nauki społecznej oraz redaktorem „Ateneum Kapłańskiego”. W czasie wojny m. in. katecheta niewidomych dzieci w Laskach i kapelan Okręgu Wojskowego „Żoliborz” podczas powstania warszawskiego. Po wojnie organizator i rektor seminarium duchownego we Włocławku.

12 maja 1946 konsekrowany na biskupa lubelskiego. 6 lutego 1948 odbył ingres do katedry warszawskiej i – w wieku 47 lat - został metropolitą Warszawy i Gniezna oraz prymasem Polski.

W kwietniu 1950 roku podpisał – pierwsze w historii - porozumienie między katolickim episkopatem i rządem komunistycznym, próbując zapewnić Kościołowi jakąś przestrzeń  funkcjonowania. Władze odpowiadają po swojemu. Likwidują niższe seminaria duchowne i usuwają ustanowionych przez papieża administratorów apostolskich diecezji na tzw. ziemiach odzyskanych (z Opola usunięto wówczas ks. Bolesława Kominka), wymuszając powierzenie tych funkcji kapłanom wskazanym przez reżim komunistyczny. W czasie tej głębokiej stalinowskiej nocy prymas odwiedza ziemię opolską. Oto trzy fragmenty jego zapisków z tych podróży.

  1. 29 czerwca 1952.

„Dzień św. Apostołów Piotra i Pawła był prawdziwie apostolski. O 7.30 wyruszyliśmy dwoma samochodami z Opola do Nysy. Dzień cudowny – lśni od słońca na błękitnym niebie. O godz. 8.30 stajemy na przedmieściu „miasta gruzów”, a w kilka minut później – przed katedrą św. Jakuba Apostoła. Przed świątynią stoi lud polski, o typowym wyrazie Wilnian i Polesian. Od trzeciej rano ciągnęli wszystkimi drogami, na swych wózkach, i zajmowali świątynię. Dziś i ona za ciasna, już od rana nagrzana. Matki podają swe dzieci do błogosławieństwa. Długim szpalerem docieramy do ołtarza. Mamy udzielić święceń kapłańskich 18 diakonom, a 7 – diakonatu, nadto przeszło 30 przyjmuje święcenia niższe. Ceremonie są dobrze przygotowane, chociaż ceremoniarz nieśmiały. Na ambonie jeden z kapłanów udziela wyczerpujących wyjaśnień ludowi, który z wielkim zainteresowaniem śledzi bieg świętych obrzędów.

Po południu katedra wypełnia się po raz drugi. Tym razem samymi dziećmi do bierzmowania. Rodzice, zwyczajem wschodnim, stają tuż za dziećmi. Każde musi mieć odrębnego świadka. Utrudnia to pracę, ale daje wielkie przeżycia duchowe świadkom bierzmowania. Rośnie w nich poczucie odpowiedzialności za dzieci i za Kościół. Bierzmowanie trwa trzy godziny. Kończę je przemówieniem skierowanym do dzieci i do rodziców. Uczę apostolstwa wobec młodszego rodzeństwa, wobec kolegów w szkole i na ulicy. Te dziecinne dusze chłoną te proste prawdy z wielką wrażliwością. Wychodzimy przed świątynię. Lud odprowadza nas na plebanię, jest to jedyny zamieszkany dom wokół katedry. Inne leżą w gruzach.”

  1. 14 grudnia 1952.

„Trzecią niedzielę Adwentu Gaudete spędziłem w prokatedrze opolskiej. Obchodzono tutaj 250-lecie przeniesienia obrazu Matki Bożej Piekarskiej. O 10.00 wyruszył pochód do prokatedry. Wielkie rzesze ludu towarzyszyły nam do świątyni, która już była wypełniona po brzegi. Matki już się zwiedziały, że błogosławię małe dzieci. Wyciągają je w moją stronę, gdy idziemy w procesji. Kazanie w czasie sumy wygłosiłem okolicznościowe. Snułem myśli wokół Maryi, której kult, rozpowszechniony w całej Polsce, jest wielką, jednoczącą siłą. Po sumie odbył się akt odnowienia ślubów Matce Bożej. Wśród podniosłego nastroju tłumów wróciliśmy do kurii diecezjalnej, skąd przemawiałem do rzesz z balkonu. Wspaniała akustyka, odbijająca świetnie głos od murów prokatedry, ułatwia przemawianie.

Na sali odbyła się wzruszająca uroczystość. Wręczono mi pięknie wykonaną kopię Matki Bożej Piekarskiej. Przemawia młody górnik z zapaloną latarnią i stary poeta śląski – Jakub Kania. Młoda Ślązaczka przekazuje pozdrowienie od starego swego farorza. Dziękuję im całym sercem. Cała Polska raduje się z was – mówię – „jak niewiasta ewangeliczna, która znalazła zgubioną drachmę”. A że ta drachma tak wspaniale zachowana, pełna mocy duchowej, oddana Bogu i Narodowi, tym radość większa.”

III. 21 czerwca 1953.

„Na pielgrzymkę do Góry św. Anny wyruszyliśmy o 6.10. Coraz to częściej mijamy mężczyzn i młodzieńców na rowerach. Wreszcie krople stają się strumieniem, a strumień rzeką. Posuwanie się ku Górze coraz trudniejsze. Przez wielki tłum mężczyzn docieramy do bramy klasztornej na Górze. Orkiestra, powitania, kwiaty, obrzędy liturgiczne – wreszcie wchodzimy po wyślizganych kamieniach do świątyni. Zebrano tu rodziny neoprezbiterów. W niewielkim kościele już jest duszno. Miła figurka św. Anny Samotrzeciej uśmiecha się wśród świateł. Do święceń kapłańskich przystępuje dziesięciu diakonów diecezji opolskiej, czterech subdiakonów zakonnych i jeden z Gorzowa. Obrzędy trwają do 9.30.  Pozostaje niewiele czasu do sumy. Udajemy się procesjonalnie z kościoła do groty Matki Bożej. Poprzedzają nas sztandary kościelne. Rzesza śpiewa na przemian z orkiestrą. Piękna grota oczekuje na świętą ofiarę. Ojciec prowincjał Lubik celebruje sumę. Cały lud potężnym głosem odpowiada kapłanowi na wezwania mszalne. Recytują po polsku Wierzę w Boga i Ojcze nasz. Po benedykcji Najświętszym Sakramentem wygłaszam kazanie na tle Ewangelii. Przedstawiam mękę świata, wykazuję aktualność Kościoła, który radzi sobie skutecznie z każdą męką.

Po kazaniu wracamy do klasztoru. W czasie obiadu wygłaszam dłuższe przemówienie do duchowieństwa zebranego przy stole. Wykazuję im „pożytki” prześladowań komunizmu dla duchowieństwa. Jesteśmy oczyszczani z wad, którym hołdowaliśmy. Materialiści pozbawili nas dóbr martwej ręki, bo nie chcieli konkurentów w uprawianiu materializmu. Dziś zamiast hodować trzody, pielęgnujemy dusze. Czyż to nie korzyść? (...) Oczyszczają nas z tylu wad i nałogów kapłańskich, tłumacząc, że nie przystoją kapłanom. Napędzono nam ludzi do świątyń. (...) Niespodziewanie korzyści płyną z tej walki z Kościołem. Nawet dekret z 9 lutego 1953 odsłania cnoty, którymi powinni się odznaczać kapłani.”

Ów dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych jest kroplą, która przelewa czarę goryczy. Prymas Wyszyński - na próbę odebrania Kościołowi prawa do decydowania o sobie samym, o miejscu i sposobie pracy kapłanów, usuwanie religii ze szkół, niszczenie kościelnych wydawnictw  - odpowiada stanowczym „Non possumus!” Nie pozwalamy! 25 września 1953 roku – ledwo 3 miesiące po pobycie na Górze św. Anny - zostaje aresztowany i osadzony w klasztorze w Rywałdzie. Najpierw tu, a od października 1953 w Stoczku Warmińskim jest więziony.         

Pierwszego października 1954 roku franciszkanie w Prudniku - Lesie dostają dwie godziny na opuszczenie klasztoru. Władze każą im się udać do Borek Wielkich. Przedstawiciel władz zapewnił ich, iż kościół będzie nieczynny. I to akurat okazało się prawdą. Prymas, choć spędził w Prudniku rok, nigdy w nim nie był. Wolno mu było wychodzić jedynie do ogrodu pod drugiej stronie budynku.

W opuszczonym klasztorze osadzono wraz z kardynałem ks. Stanisława Skorodeckiego i siostrę Leonię Graczyk. Więźniów ze Stoczka Warmińskiego przetransportowano samolotem do Nysy, a stąd - po kilku godzinach oczekiwania na lotnisku - pod osłoną ciemności samochodami do Prudnika. Był 6 października 1954.

Klasztor zamieniony na obóz izolacyjny otoczono wysokim na 3,5 metra, pomalowanym na zielono parkanem z drutem kolczastym i specjalnie posadzonymi świerkami. Władzom tak bardzo zależało, by utrzymać to miejsce w tajemnicy, że choć od najbliższego budynku klasztor dzielił co najmniej kilometr, a od miasta 2,5 km, zabronili więźniom wyglądać przez okna, a światło wolno im było zapalać tylko po zaciągnięciu zasłon. Prymas był pilnowany przez 30 funkcjonariuszy.

„Wewnątrz gmachu oddano nam do dyspozycji pierwsze piętro z oknami od ogrodu, ku północy” - notował w "Zapiskach więziennych" Prymas. „Nasi panowie zajęli drugie piętro. Parter jest dla kuchni i dozorców. Dom jest wybielony. Wszystko tandetne, licho pomalowane. Znać ślady świeżej roboty. Nie sposób zobaczyć żywej "normalnej" duszy. Wszystko, co nas otacza, chodzi skrycie pod parkanami albo snuje się po korytarzach. Z okna oglądamy jedynie skrawek nieba.

Ks. Prymas miał do dyspozycji dwa pokoje. Jeden z nich mogą odwiedzać pielgrzymi i turyści. Nieduże pomieszczenie wygląda prawie tak samo jak w latach 50. Wybito tylko dodatkowe drzwi, by goście nie musieli przechodzić przez klauzurę. W celi stoi stół, proste drewniane łóżko nakryte kocem i przeszklona szafa.

Czy te konkretne meble pamiętają kardynała, nie ma pewności. Kiedy w 1957 roku franciszkanie wrócili do Prudnika, nie wiedzieli, że więziono tu prymasa. Prawdopodobnie któryś z zakonników zwyczajnie zamieszkał w tym pokoju, a więc być może i coś przestawił. Na pewno z tamtych czasów zostały zamknięte dziś na stałe drzwi, okno, nieduży żeliwny kaloryfer i podłoga.

- Odwiedził nas kiedyś emerytowany biskup pomocniczy z diecezji kaliskiej, Teofil Wilski – mówił kilka lat temu o. Wit Bołd, ówczesny gwardian. - Był rektorem seminarium w Gnieźnie i dobrze znał Prymasa. Trafił do nas dokładnie w 60. rocznicę jego uwięzienia. Całował podłogę, po której więzień chodził.

Sam prymas nigdy potem w Prudniku nie był. Odwiedzili natomiast miejsce uwięzienia wszyscy jego następcy.

W porównaniu ze Stoczkiem, w Prudniku było Prymasowi o tyle lepiej, że budynek był suchy, a centralne ogrzewanie sprawne. Grzeczniej niż wcześniej zachowywali się pilnujący kardynała "smutni panowie". Pozwalali sobie nawet na uśmiechy, jak zanotował, i na poufałą grzeczność.

Nadal tygodniami czekał na dostarczenie książek ze swojej biblioteki. Skwapliwie odnotowuje w zapiskach listy tytułów dzieł  dostarczonych i tych, na które czeka. Stąd wiemy np., że do Prudnika dostarczono mu „Potop” Sienkiewicza, ale bez pierwszego tomu. Brakowało mu nawet grzebienia i lusterka. Jego listy wysyłane do ciężko chorego ojca nadal były odczytywane, a nie doręczane. Listy od bliskich dostawał posklejane, z powycinanymi fragmentami. Prymas cały czas ostro przeciw temu protestuje. Taka forma korespondencji ciąży mu tym mocniej, iż ojciec właśnie w czasie pobytu Prymasa w Prudniku miał udar.

Jednocześnie nawet za wysokim parkanem klasztoru daje się wyczuć odwilż. Nadzorcy proponują więźniowi prasę. Na „Trybunę Ludu” zgody nie ma. Na początek może czytać „Stolicę”, a  potem także „Przekrój”, „Świat”, „Problemy” i „Przegląd Sportowy”. Czytał wszystko, nawet ogłoszenia, bo pokazywały, co zmienia się w Polsce.

„Cały nowy sposób pisania, przedziwnie krytyczny wobec wszystkiego, co dotychczas było nietykalne, aż razi i zdumiewa” - notował. „Więc można dziś mówić bez żenady o bolączkach w milicji i w Państwowych Gospodarstwach Rolnych? Przecież przed dwoma laty nawet myśleć tak było niebezpiecznie”. 

Z uporem nie tylko się modli, ale i pracuje. Dzień rozpoczyna o 5.00, choć - zdawałoby się - nic go do wstawania tak wcześnie nie nagli. W ustalonym dla całej trójki więźniów porządku dnia dwa razy pojawia się praca z książką (łącznie 6 godzin!). W czasie lektury „Potopu” bliskość trzysetnej rocznicy szwedzkiego najazdu (1655), nasunęła mu myśl, by wzorem Jana Kazimierza złożyć Matce Bożej uroczyste ślubowanie. Ostateczny tekst „Jasnogórskich Ślubów Narodu” powstanie w Komańczy, następnym i ostatnim miejscu uwięzienia. Ale już w Prudniku Prymas notuje: „Warto myśleć o obronie Jasnej Góry roku 1955. Jest to obrona duszy, rodziny, narodu i Kościoła przed zalewem nowych czarów. Obrona swobodnego oddechu człowieka, który chce bardziej wierzyć Bogu niż ludziom, a ludziom po Bożemu. Moja Jasna Góra jest ścieśniona zewsząd wałem udręki. Walą pociskami zabobonu i wstecznictwa w »kurnik«. Przed trzystu laty »kurnik« ocalał i trwa do dziś dnia”.

W Komańczy dopisał: „Myśli o odnowie Kazimierzowskich ślubów w ich 300-lecie zrodziły się w mej duszy w Prudniku, w pobliżu Głogówka, gdzie król Jan Kazimierz i prymas Leszczyński przed 300 laty myśleli nad tym, jak uwolnić naród z podwójnej niewoli: najazdu obcych sił i niedoli społecznej. Gdy z kolei mnie przewieziono tym samym niemal szlakiem, jaki przebył król w drodze do Lwowa - z Prudnika na południowy wschód - jechałem z myślą: musi powstać akt ślubowań odnowionych”.

Zmianą na lepsze był sposób leczenia prymasa, choć nadal nie reagowano na jego prośby o sprowadzenie lekarza, który opiekował się nim w Warszawie. Więźnia wożono do Opola  - zawsze pod osłoną ciemności i w kompletnej izolacji od innych pacjentów - na prześwietlenie klatki piersiowej, jamy brzusznej, badanie krwi i leczenie zębów, a nawet na zabieg usunięcia wrzodu w szpitalu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (neon na budynku dworca zdradził więźniowi, gdzie go przywieziono).

„Lekarze działali jak automaty - pisał. „Sprawnie, fachowo, niemal niezawodnie, ale bez duszy lekarskiej. Nie mają dla nieszczęsnego pacjenta twarzy ludzkiej, której szuka się w lekarzu bardziej niż recepty".

Po badaniach prymas Wyszyński po raz pierwszy w życiu słyszy diagnozę: Człowiek całkowicie zdrowy. Nad podziw. „Strzeż się teraz, człowiecze, byś nie śmiał chorować” – ironizował.

27 października 1955 władze przeniosły go do klasztoru w Komańczy. 28 października 1956 na prośbę władz - po naprawieniu krzywd Kościoła - ks. Prymas wrócił do Warszawy. 

KONFERENCJA (część II)

Sługa Boży kard. Stefan Wyszyński w diecezji opolskiej

POSŁUCHAJ

W 1956 roku prymas Wyszyński odzyskał wolność. Rok później rozpoczął Wielką Nowennę - zaplanowany na lata 1957-1966 program duszpasterski, przygotowujący Polaków do obchodów Millennium Chrztu Polski. Ten pierwszy integralny ogólnopolski program zmierzający do ożywienia wiary i duszpasterstwa w Ojczyźnie był próbą wprowadzenia treści Ślubów Jasnogórskich Narodu  w codzienne życie Polaków.

Nowennie towarzyszyła peregrynacja po polskich parafiach kopii cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Spotkała się ona z ostrą kontrakcją władz komunistycznych. Obchodom tysiąclecia chrztu przeciwstawiono świętowanie tysiąca lat państwa polskiego. 2 września 1966 r. kopia obrazu została "aresztowana" przez milicję i zawieziona na Jasną Górę. Po polskich parafiach pielgrzymowały od tego czasu puste ramy, Ewangeliarz, lilia i świeca. Obraz wrócił na trasę dopiero 18 czerwca 1972 r.

Do Opola obraz Matki Bożej - a wraz z nim i prymas Wyszyński - przyjechał 13 sierpnia 1966 roku, w sobotę. Centrum obchodów była katedra. Między jej wieżami umieszczono ogromny, oświetlony krzyż, który przypomniał, że w świątyni dzieje się coś ważnego. Władze zgrzytały zębami, ale przeciwstawić się, zwłaszcza skutecznie, nie były w stanie.

Wielu innych biskupów odprawiało tego dnia msze św. i spotykało się z wiernymi w innych miastach diecezji (obejmującej wówczas także m.in. Gliwice, Zabrze i Bytom). W katedrze odbywało się całonocne czuwanie. Ludzie modlili się przed Najświętszym Sakramentem. Tej nocy wiele osób spowiadało się, co trwało aż do niedzielnego poranka.

Ludzie stali w świątyni, na placu katedralnym i ul. Katedralnej i wydawało się, że ten tłum nie ma końca. To wrażenie pogłębiało się, bo te tysiące stały na stosunkowo małej przestrzeni. Nie było wtedy żadnej zorganizowanej opozycji antykomunistycznej. Ale ludzie spontanicznie lgnęli do Kościoła. Obok siebie stali ci, którzy przyjechali na Śląsk w repatrianckich transportach i tutejsi z dziada pradziada. Jedni i drudzy czuli, że to Kościół daje nadzieję. Że dla wszystkich jest ojczyzną. W niedzielę liczbę uczestników uroczystości w Opolu szacowano na ponad 20 tysięcy. Razem z wiernymi modliło się  47 biskupów. Telegram przysłał papież Paweł VI. Biskupom i wiernym odczytał go ówczesny ordynariusz opolski Franciszek Jop.

Władze przeszkadzały jak mogły. W niedzielę, „z przyczyn technicznych”, do stolicy województwa nie dojeżdżały do południa pociągi. Za to podstawiono bezpłatne pociągi do Raciborza na mecz tamtejszej Unii z Odrą Opole. Żołnierzom służącym w opolskich jednostkach wstrzymano na weekend 13-14 sierpnia przepustki. Oficjalnym uzasadnieniem była panująca rzekomo w stolicy regionu epidemia czerwonki. Wiernych starano się też zniechęcić konkurencyjnymi imprezami. Ale się w tę sobotę i niedzielę działo! W Opolu, Czarnowąsach, Komprachcicach i Chróścinie koncertowali „Trubadurzy” (był to wówczas jeden z topowych polskich zespołów!). W regionie zorganizowano m.in. pokazy skoków spadochronowych i olimpiadę pływacką, a także koncert ówczesnych gwiazd - Karin Stanek i Kasi Sobczyk. Koło dworca Opole Wschód występował cyrk „Poznań”. W Szczedrzyku odbyły się wielkie regaty żeglarskie, a w Namysłowie spartakiada z okazji 20-lecia LZS. W opolskich kinach grano same hity, jak „Winnetou”, „Czarny Tulipan”, „Rio Bravo”, „Ostatni zachód słońca” i „Z piekła Teksasu”…

„Kościół trzymając w ręku księgę Ewangelii, nieustannie wywyższa człowieka. Wiek XX dumny jest z człowieka, ale mimo tego go sponiewierał. Wiek XX podnosi wysoko głowę, ale stracił miliony głów i spalił je w piecach krematoryjnych. XX wiekowi trzeba pokazać wzór prawdziwego Człowieka, który z nieba zstąpił i chodził po ziemi. To Jezus Chrystus. Trzeba uwierzyć Kościołowi, który wywyższa człowieka i przypomina, że jest on dzieckiem Bożym i nosicielem Trójcy Świętej. Przypomina, że człowiek ma prawa wrodzone, dane mu przez Boga i obowiązek uszanowania tych praw u innych - mówił w Opolu kard. Stefan Wyszyński. - Ale Kościół wywyższa też rodzinę. Bo wszędzie, gdzie rozkłada się rodzina, tam też rozkłada się życie narodu. Naród ginie. Rodzina pełni podwójne zadanie. Jej członkowie pracują dla dobra narodu, a jednocześnie matki i ojcowie wychowują nowe pokolenie, które ma przyjść, aby ziemię ojczystą czynić sobie poddaną i bardziej ludzką. Ojczyzna i naród rodzą się w rodzinie. Ich moc i potęga zależą od zdrowia i od mocy rodziny.”

W niedzielę, po południu, milenijne obchody przeniosły się do Kamienia Śląskiego. Część biskupów musiała wrócić do swoich diecezji na uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej. Ale i tak przyjechało ich do miejsca urodzenia św. Jacka aż trzydziestu trzech!

- O wejściu do zamku nie było wtedy mowy - wspominał abp Alfons Nossol, emerytowany ordynariusz opolski. - To był teren wojskowy. Więc msza św. odbywała się przy ołtarzu polowym obok kościoła. Ale biskup katowicki Herbert Bednorz zapewnił Księdza Prymasa, że przecież kogo jak kogo, ale biskupów do śląskiego patrona wpuszczą. Razem minęli strażnika w mundurze. Ten zawrócił ich krzykiem, repetując przy tym karabin. Zawrócili.

W Kamieniu Śląskim zebrało się kolejne 20 tysięcy wiernych! Tu dominowali mieszkańcy Kamienia i innych podopolskich miejscowości. Przy ołtarzu polowym ustawiono przywiezione z Opola relikwie tutejszych świętych. Prymas, metropolita krakowski Karol Wojtyła i poznański arcybiskup Baraniak udzielili tymi relikwiami błogosławieństwa. Mszy o godzinie 18.00 przewodniczył arcybiskup Wojtyła. Był jak zawsze bardzo skupiony, ale nie przemawiał. Kazanie wygłosił raz jeszcze prymas Wyszyński.

- Przyszliśmy tutaj również w tym celu, aby dziękować Bogu za to, co na tym Kamieniu się urodziło - wołał. - Zda się, że na kamieniu nic się urodzić nie może. A na tym Kamieniu, tutaj, padło ziarno miłości Bożej, wydając wspaniały, trzykrotny owoc - w postaciach św. Jacka, bł. Czesława i bł. Bronisławy. Jak dobry Bóg łaski użyczy, to nawet z kamieni zbiera swoje owoce. Ludzie mają skłonność produkować wszystkie rzeczy jednakowo i nawet szczycą się z tego, że jednakowe są domy, samochody czy wytwory fabryczne. Święci nie są podobni jeden do drugiego. Każdy ma na tej ziemi inne zadanie. Toteż i każdy z nas musi na swój sposób wymienić miłość Bożą na osobistą doskonałość i na osobistą świętość.

Kolejna obecność kardynała Stefana Wyszyńskiego w Opolu wiąże się z osobą pierwszego biskupa opolskiego Franciszka Jopa. Prymas, w towarzystwie kardynała Karola Wojtyły i abpa Henryka Gulbinowicza z Wrocławia, odwiedził poważnie już chorego ordynariusza opolskiego, w maju 1976 roku, z okazji 30. rocznicy święceń biskupich. Prymas był też obecny na uroczystościach pogrzebowych biskupa Jopa 29 września 1976 roku. Mszy św. żałobnej koncelebrowanej w katedrze przez 43 biskupów przewodniczył metropolita krakowski - przyszły papież. Prymas wygłosił kazanie.

- Gdy Wasz biskup zabierał głos na Konferencjach Episkopatu – mówił kardynał Wyszyński - wiedzieliśmy, że przemawia do nas mąż Boży, kapłan ożywiony wiarą żywą, prostą, dziecięcą, ale zawsze pewną. Trudził się bardzo i nie zawsze spotykał się z pełnym zrozumieniem. (…) Bolał nad każdym kapłanem, który opuszczał diecezję. Tak był przedziwnie do każdego osobiście przywiązany, że trudno mu było pogodzić się z tym, że liczba sług Ludu Bożego zmniejsza się, że ktoś z kapłanów odchodzi. To był jego największy krzyż. (…) On wiedział, że każdy ołtarz musi mieć swego sługę. Przy każdym ołtarzu musi stanąć godny kapłan, który wie, że składa Ofiarę Ojcu w Chrystusie. Ale też i sam kapłan jest ofiarą.

Z osobą prymasa Polski wiąże się ściśle powołanie na stolicę biskupią w Opolu ks. Alfonsa Nossola. Nie jest tajemnicą, że ks. prof. Nossol biskupem być nie chciał. Marzyła mu się praca naukowa, a nie kierowanie diecezją. Z Moguncji, gdzie przebywał w tym czasie na wykładach gościnnych, jeździł do kardynała prymasa aż trzy razy.

- Mówiłem mu wprost – wspominał, - że biskupstwo nie będzie źródłem mojego osobistego szczęścia, ani szczęścia mojej wspólnoty. Uprzedziłem ks. prymasa, że nie jestem nastawiony antypolsko, ale do patriotycznej propagandy w kościołach zachęcać nie będę umiał. Podkreślałem, że być może nie będę umiał być biskupem w sposób autentycznie polski, a zinstrumentalizować się nie dam. Prymas odpowiedział, że jeśli nie będę umiał być biskupem polskim, mam być opolskim i to wystarczy. Obiecał, że on zawsze mnie zrozumie. Decydujący okazał się głos papieża Pawła VI, który zdecydował, że Śląsk Opolski potrzebuje człowieka trzech kultur: polskiej, niemieckiej i morawskiej, który je wszystkie uszanuje i scali.

Biskupie święcenia i ingres do katedry odbyły się w uroczystość św. Jacka, 17 sierpnia 1977 roku. Nowy biskup przyznał, że nie jest mu łatwo przejść z katedry teologii dogmatycznej do katedry biskupiej i to pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego. Wyznał wprost, że za łaskę tego dnia Panu Bogu nie dziękuje!

Prymas Wyszyński przyjechał do Opola chory i lekarze zabronili mu przemawiać. W tej sytuacji zabrał jednak głos: - Chłopcze, jak Ci będzie smutno – mówił – przyjdź do katedry. I posłuchaj, jak Twój lud śpiewa i się modli. On Cię musi duchowo porwać. Nie posyłam Cię na krańce ojczyzny. Będziesz biskupem u swoich, w domu – podnosił na duchu nowego pasterza diecezji opolskiej.

Ostatni pobyt prymasa Wyszyńskiego w diecezji, a konkretnie na Górze św. Anny – na mniej niż rok przed jego śmiercią – związany był z jubileuszem 500-lecia tego sanktuarium przypadającego w 1980 roku. Główne obchody połączone były z pielgrzymką mężczyzn i młodzieńców, w ostatni weekend czerwca. Poprzedziła je Konferencja Episkopatu Polski, której prymas przewodniczył w annogórskim klasztorze. W niedzielę, grotę lurdzką i teren wokół niej wypełniły nieprzebrane tłumy, szacowane na 300 tysięcy ludzi! Było to z pewnością największe zgromadzenie liturgiczne na Górze św. Anny, jeśli nie liczyć pielgrzymki papieża Jana Pawła II, trzy lata później. Uroczystej sumie przewodniczył kard. Władysław Rubin,  wtedy nowo mianowany prefekt watykańskiej Kongregacji Kościołów Wschodnich. Prymas Polski wygłosił trwające nieco ponad 50  minut kazanie.

Skupił się na rodzinie chrześcijańskiej i jej powołaniu. Zwrócił uwagę na symbolikę figurki św. Anny Samotrzeciej, wskazując, iż lud śląski pozostał przy wierze ojców, bo był silny rodziną.  Apelował o zachowanie chrześcijańskiego ducha i obyczaju.  Przekonywał, że człowiek, rodzina i naród są fundamentem wszelkiego trwałego budowania. Prymas wezwał także do troski o ekologię, do zachowania proporcji między rozwojem produkcji i troską o ziemię i dary Boże: - Nie może tu być jakiegoś pierwszeństwa – przekonywał. Musi być  równowaga. (…) Doniosłą sprawą w ojczyźnie naszej jest zachowanie właściwej proporcji wysiłków ludzkich, aby nie zniszczyć tego, co daje święta rodzicielka ziemia. Nie tylko w głębiach, ale i na powierzchni. Niechby – symbolicznie – rolnik podał dłoń górnikowi i powiedział: Razem kochajmy naszą ziemię, tak, abyśmy jej nie zniszczyli i to w całej Polsce. W całej ojczyźnie. Jest to kraj ubogacony w dary natury, a ziemia w tym kraju jest rodzicielką „chleba naszego powszedniego”.

3) Wprowadzenie do koronki

„Totus Tuus”.

POSŁUCHAJ

                Setna rocznica zwycięskiej Bitwy Warszawskiej nie jest jedynym jubileuszem, jaki świętujemy w tym roku w naszej Ojczyźnie. W maju obchodziliśmy 100. rocznicę urodzin naszego Rodaka, dla wielu - największego z rodu Polaków – świętego papieża Jana Pawła II. Oba te jubileuszowe wydarzenia będą się przeplatały jako podstawa do naszych popołudniowych rozważań.

Dziś Przenieśmy się duchem do Wadowic.

                Niemal dosłownie,w cieniu parafialnego kościoła (dziś bazyliki Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny), w czynszowej kamienicy, 18 maja 1920 roku, urodził się Karol Wojtyła, syn Emilii zd. Kaczorowskiej i Karola.

Warto wtrącić w tym momencie, że 7 maja br., w tejże wadowickiej bazylice rozpoczął się oficjalnie proces beatyfikacyjny Rodziców dziś już świętego Papieża – warto w swoich modlitwach często pamiętać o tej intencji, aby pomyślnie zakończony proces mógł się zamknąć uroczystą beatyfikacją. Nasze rodziny otrzymałyby wtedy nowy wzór świętości życia i nowych orędowników.

                Pamiętamy pewnie wszyscy, że niemal tuż przed Pierwszą Komunią Świętą Karola, po ciężkiej chorobie, zmarła jego matka. Starszy syn Wojtyłów Edmund, był już poza domem i rozpoczynał realizację swego powołania jako lekarz. Niedługo potem, w 1932 roku, zaraziwszy się w bielskim szpitalu szkarlatyną, młody, ofiarny lekarz umarł. Zostali sami – mały Karol i jego ojciec.

                Jako ministrant musiał Karol często przechodzić obok bocznej ściany swego parafialnego kościoła, na której do dziś można oglądać zegar słoneczny ozdobiony mądrą maksymą: „Czas ucieka – wieczność czeka!” Czy były te słowa dla młodziutkiego Karola życiowym drogowskazem? Może wtedy niekoniecznie, skoro czytamy w jego biografii, iż ojciec zauważył, że niezbyt pilnie wywiązuje się z swoich obowiązków służby ministranckiej i wskazał mu – ważną i cenioną przez całe życie – jako duchowe lekarstwo codzienną modlitwę do Ducha Świętego:

Duchu Święty,

proszę Cię o dar mądrości

do lepszego poznawania Ciebie

i Twoich doskonałości Bożych,

o dar rozumu

do lepszego zrozumienia

ducha tajemnic wiary świętej,

o dar umiejętności,

abym w życiu kierował się zasadami

tejże wiary,

o dar rady, abym we wszystkim

u Ciebie szukał rady

i u Ciebie ją zawsze znajdował,

o dar męstwa, aby żadna bojaźń

ani względy ziemskie

nie mogły mnie od Ciebie oderwać,

o dar pobożności, abym zawsze służył

Twojemu Majestatowi z synowską miłością,

o dar bojaźni Bożej, abym lękał się grzechu,

który Ciebie, o Boże, obraża.

                Zasygnalizujmy też krótko zapędy polonistyczne Karola Wojtyły, studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz jego zamiłowanie do teatru pod opieką Mieczysława Kotlarczyka, z którym znajomość sięgała jeszcze Wadowic. Wszystko to przerwała wojna. Młody Wojtyła podejmuje wtedy pracę w krakowskiej fabryce sody Solvay. W tym czasie umiera schorowany ojciec i młody Karol zostaje już zupełnie sam. Jako kolegów w fizycznej pracy, spotyka wielu robotników, ludzi prostych, ale wrażliwych, dobrych i mądrych. To oni ułatwiali mu czytanie książek i dalsze studiowanie w chwilach przerwy w pracy... Ten motyw wspominamy tu nieprzypadkowo.

                W takich bowiem warunkach rozczytywał się Karol Wojtyła w książce św. Ludwika Marii Grignion de Montfort. Był to francuski kapłan i wędrowny kaznodzieja, wielki czciciel Maryi, zmarły w roku 1716. Ta książka to „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”, a czytanie w pracy było tak intensywne, że nawet okładki były poplamione wapnem. Dotarcie do tej lektury, podobnie jak do pism karmelitańskiego mistyka św. Jana od Krzyża, zawdzięczał młody Karol spotkaniu z Janem Tyranowskim w krakowskiej parafii salezjanów na Dębnikach. To właśnie on, człowiek świecki o głębokiej duchowości, nazywany „świętym krawcem”, zaprosił  młodego Wojtyłę do kręgu Żywego Różańca i pomógł mu odnaleźć bogactwo życia duchowego.

                Sam Papież nazwie lekturę tego traktatu „momentem przełomowym” w swoim rozwoju duchowym, a jego głęboka treść stała się podstawą do jakże słynnego dzisiaj „TotusTuus”, biskupiego i papieskiego zawołania św. Jana Pawła II.

Bierze ono swój początek od św. Ludwika i jego aktu zawierzenia Matce Bożej: „Cały jestem Twój i wszystko moje jest Twoje. Przyjmuję Ciebie we wszystkim, co jest moje. Daj mi serce Twoje, Maryjo”.

                W ogromnym streszczeniu istota tego nabożeństwa, które rozwinął w sobie i przez całe życie pielęgnował Karol Wojtyła, opiera się na duchowym niewolnictwie. Ale ono nie jest zniewoleniem człowieka. Jak nieraz w Ewangelii, działa tu kategoria paradoksu – święte niewolnictwo wskazuje na doskonałe i maksymalne wykorzystanie tej wolności, która jest największym darem Boga dla człowieka. Wolność mierzy się miarą miłości, jaką potrafimy z niej w sobie wykrzesać. Napisze papież Wojtyła po latach: „Dzięki św. Ludwikowi zacząłem na nowo odkrywać wszystkie skarby dotychczasowej pobożności maryjnej, ale niejako z nowych pozycji” – dotyczy to znanych od dziecka Godzinek z ich bogactwem biblijnej i teologicznej treści, wielu pieśni ludowych, kolęd i Gorzkich Żalów z pięknym dialogiem duszy z Matką Bolesną.

                Temu „Totus Tuus” pozostał św. Jan Paweł II wierny aż do swego ostatniego tchnienia – 2 kwietnia 2005 roku, o godz. 21.37.

Zabierzmy w swoją codzienność nie tyle same słowa: „Totus Tuus”, ale bardziej ducha zjednoczenia wszystkiego w swoim życiu z Jezusem i Maryją, a także potrzebę rozwijania życia duchowego, by na wzór i pod opieką św. Jana Pawła II żyć w prawdziwej wolności i wzrastać w miłości.

4) Rozważania różańcowe

TAJEMNICE BOLESNE

1.Modlitwa Pana Jezusa w Ogrójcu

Jezus zanim przystąpił do ostatniego etapu ziemskich wydarzeń zbawczych, udał się na modlitwę. Tam z Ojcem rozmawia o Jego woli, po czym ją przyjmuje. I nam potrzeba modlitwy. Zawsze i codziennie, a szczególnie przed ważnymi wydarzeniami z życia rodziny. Przed egzaminem syna, nowym etapem pracy rodziców, ślubem córki, święceniami syna. Z modlitwą łatwiej jest przyjąć Bożą wolę i dobrze ją wykorzystać.

2. Biczowanie Pana Jezusa

Jezus został okrutnie ubiczowany. Zniósł to wszystko, bo wiedział, że to wola Boża, dlatego przyjął to z miłością. Dziś rodzina jest biczowana i raniona przez  niezgodne z Bożym zamysłem prawo, nieetyczne  zagrywki polityczne i społeczne, o których donoszą media. I my sami ranimy rodzinę przez grzech i brak miłości. Musimy dbać o rodziny. A te bolączki, na które nie ma recepty, trzeba przyjąć i ofiarować Bogu. Gdy pójdziemy z nimi pod krzyż, wtedy będzie łatwiej je przyjąć.

3.Cierpniem ukoronowanie Pana Jezusa

Okrutni kaci chcieli wyszydzić Jezusa, a tak naprawdę użyli wobec niego poprawnego tytułu. Jezus jest Królem! I potrzeba, by każda rodzina przyjęła Go jako króla swojej rodziny. Nie ma to być tylko słowna deklaracja, lecz konkretne czyny wypływające z miłości do Niego. Królowi trzeba być posłusznym. Jak to zrobić w rodzinie? Przede wszystkim musimy miłować Go i siebie nawzajem. Najlepszym sprawdzianem życia pod banderą Jezusa będzie szara codzienność.

4.Droga Krzyżowa

Pan Jezus dla nas i naszego zbawienia przeszedł Drogę Krzyżową niosąc krzyż. Wiele bolesnych wydarzeń spotyka Go na tej drodze. I nasze życie rodzinne jest bogate w wydarzenia, jest wiele radości, ale i wiele smutków, są dni łatwiejsze i trudniejsze. Gdy w naszej drodze nie zapomnimy Jezusa, wtedy zdołamy ją przejść w myśl przysłowia: "Podzielone cierpienie jest połową cierpienia, podzielona zaś radość jest radością podwójną”, Musimy zaprosić Mistrza na naszą drogę życia, wtedy dojdziemy do celu!

5. Śmierć na krzyżu

Jezus umiera, kończy swoją ziemską drogę, W chwili Jego śmierci towarzyszyli mu tylko najbliżsi, szczególnie Matka i umiłowany uczeń. Rodziny wielokrotnie przeżywają śmierć kogoś bliskiego. Wydarzenie to nie będzie tak trudne i bolesne, gdy będzie przy nas ktoś bliski. Powróćmy do praktyki naszych przodków, by cała rodzina towarzyszyła przy przejściu zmarłego do „domu Ojca”. Zobowiązani są do tego szczególnie dzieci, bo ich prawem i obowiązkiem jest zamknięcie oczu rodzicom. Chciejmy przekazać naszych rodziców Bogu, aby przeszli z naszych kochających dłoni w objęcia Boga.