Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Download Joomla Templates by NewJackets

Wtorek

Opublikowano: niedziela, 08 sierpień 2021

Wtorek – 16.08.2022

Konferencja:

Niedziela w centrum życia chrześcijańskiego

W roku 1998 Jan Paweł II w liście Dies Domini, poświęconym świętowaniu niedzieli, nazywa celebrację tego dnia „kluczowym elementem chrześcijańskiej tożsamości” (nr 30).

Wagę tego dnia podkreślają normy liturgiczne Kościoła. Zgodnie z nimi niedziela ustępuje tylko uroczystościom i świętom Pańskim, np. Narodzenie Pańskie. Natomiast Niedziele Adwentu, Wielkiego Postu i Okresu Wielkanocnego mają pierwszeństwo przed wszystkimi świętami Pańskimi i przed wszystkimi uroczystościami (zob. OWMR). Jeśli uroczystości przypadają w niedziele powyższych okresów, należy je przenieść na poniedziałek (Dekret Kongregacji ds. Sakramentów i Kultu Bożego z 22.04.1990 r.)

Skąd taki priorytet niedzieli? Dlaczego, jako chrześcijanie, świętujemy właśnie w tym dniu?

W tekstach liturgicznych większości niedziel w roku słyszymy najbardziej podstawowe uzasadnienie. W Pierwszej, Drugiej i Trzeciej Modlitwie Eucharystycznej, we wspomnieniu tajemnicy dnia, główny celebrans mówi:

„Zjednoczeni z całym Kościołem, uroczyście obchodzimy pierwszy dzień tygodnia, w którym JEZUS CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAŁ i ZESŁAŁ NA APOSTOŁÓW DUCHA ŚWIĘTEGO…”

Te dwa fakty są bezpośrednim korzeniem priorytetu świętowania niedzieli pośród innych przejawów pobożności chrześcijańskiej. Chrześcijanie od początku w tych wydarzeniach historycznych widzieli najgłębsze uzasadnienie tego najstarszego święta Kościoła. Zwłaszcza fakt zmartwychwstania Chrystusa odegrał tu kluczową rolę. Tzw. chrystofanie, czyli ukazywanie się Zmartwychwstałego Pana uczniom, dokonywały się, jak podkreślają ewangeliści, właśnie w ów „pierwszy dzień po szabacie”, czyli w dzień, który dziś nazywamy niedzielą.

Natomiast uzasadnienie niedzieli Zesłaniem Ducha Świętego wskazuje na misyjny charakter tego dnia. Św. Jan Paweł II w Dies Domini zauważył, że uczniowie Chrystusa, przyjmując Chleb życia, czerpią moc ze Zmartwychwstałego i Jego Ducha, aby przygotować się do podjęcia zadań, które ich czekają. Dla chrześcijanina, który jest posłany do świata, celebracja eucharystyczna nie kończy się w świątyni. Właściwie przeżyta niedziela, podobnie jak niedzielna Eucharystia, ma prowadzić do ewangelizacji, czyli postawy misyjnej, postawy wyjścia, a także do świadectwa. Dlatego nie ma niedzieli bez Eucharystii! Ona jest zarówno pokarmem i „wyposażeniem” misjonarza, jak również miejscem, w którym zostaje on posłany do człowieka i świata z orędziem Dobrej Nowiny o zbawieniu w Chrystusie.

Podobnie jak niedzielna Eucharystia jest sercem niedzieli,

tak przeżywana przez chrześcijanina niedziela

staje się sercem całego tygodnia.

Można powiedzieć, w stylu papieża Franciszka, że autentyczny uczeń Chrystusa, chrześcijanin „z krwi i kości” każdego dnia „pachnie” niedzielą.

Święty Jan Paweł II we wspomnianym liście o świętowaniu niedzieli przypomniał różne nazwy obecne w życiu Kościoła na określenie tego specyficznie chrześcijańskiego święta:

- Pascha tygodnia – ponieważ Chrystus dokonał Przejścia (Paschy) ze śmierci do życia. „dzięki niej każdego tygodnia wciąż na nowo w myślach i w życiu wiernych staje się obecne wydarzenie paschalne, które jest źródłem zbawienia świata” (Dies Domini, 19);

- Pierwszy dzień tygodnia – „po szabacie”. W kalendarzu żydowskim, który chrześcijanie przejęli, ten właśnie dzień otwierał nowy tydzień. W tradycji judaistycznej, przywoływał pierwszy dzień stworzenia, gdy Bóg powiedział: «Niechaj się stanie światłość!» (Rdz 1, 3). Dla chrześcijan Jezus jest prawdziwą Światłością. Sam mówi o sobie: „Ja jestem Światłością świata” (J 8, 12);

- Dzień nowego stworzenia – powiązanie zmartwychwstania z pierwszym dniem kosmicznego tygodnia (por. Rdz 1,1-2. 4), w którym według Księgi Rodzaju dokonywało się stworzenie, pozwalało chrześcijanom rozumieć zmartwychwstanie Pana Jezusa jako początek nowego stworzenia (por. dz. cyt., 24);

- Dzień ósmy – przekraczając granicę siedmiu dni tygodnia, pozwala uczestniczyć w wieczności;

- Dzień Chrystusa – Światłości – idąc za trafną intuicją duszpasterską, Kościół nadał chrześcijański sens określeniu «dzień słońca», używanemu przez Rzymian na oznaczenie niedzieli i do dziś obecnemu w niektórych językach europejskich (np. w jęz. ang. Sunday, w jęz. niem. Sonntag). W ten sposób chronił wiernych przed niebezpiecznym wpływem kultów oddających boską cześć słońcu oraz sprawiał, że celebracja tego dnia zwracała się ku Chrystusowi jako prawdziwemu «słońcu» ludzkości;

- Dzień Daru Ducha Świętego – właśnie w niedzielny wieczór Apostołowie usłyszeli słowa:  «Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane» (J 20, 22-23).

Wszystkie te imiona Dnia Pańskiego, Dnia Pana (bo przypominał Chrystusa), zwłaszcza przez fakt sprawowanej Uczty Pana, co w początkach Kościoła – a nawet dzisiaj – było dla wielu związane z narażeniem własnego życia… polskie słowo „niedziela” (pochodzące od nie działać, nie pracować) wskazuje bardziej na praktyczne konsekwencje, ważne dla świętowania, niż na istotę i znaczenie tego dnia w życiu chrześcijańskim.

Niewątpliwie niedziela jest Dniem wiary. Ten dzień jest streszczeniem, w swej istotnej treści, całej chrześcijańskiej wiary.

„Bycie chrześcijaninem i uczestniczenie w niedzielnej Eucharystii należą nierozdzielnie do siebie. Doświadczenie pełnej teologicznej treści dnia Pańskiego staje się świadectwem wiary i sakramentu (w szerokim znaczeniu) dla świata, któremu dzień Zmartwychwstania przynosi nadzieję, dzień Pański staje się jutrzenką wolności, dzień zgromadzenia – początkiem pojednania i jedności, niedziela wreszcie jako dzień odpoczynku w Panu chroni przed zniewoleniem przez pracę i urzeczowieniem, pozytywnie zaś realnie współdziała w kształtowaniu prawdziwego człowieczeństwa” (Leksykon liturgii, oprac. Ks. Bogusław Nadolski TChr, Poznań 2006, s. 1033-1045).

Dlatego podczas niedzielnej liturgii eucharystycznej (podobnie w inne uroczystości) odmawia się wyznanie wiary. Uczestnicy Mszy św. mają okazję, by wrócić do wydarzenia własnego chrztu św. i na nowo wyznać wiarę w Boga. Wyznanie wiary (Credo) uwypukla charakter chrzcielny i paschalny niedzieli, czyniąc z niej dzień odnowienia chrzcielnych postanowień wierności Chrystusowi i Jego Ewangelii. Wierni, przyjmując słowo i spożywając Ciało Pańskie, patrzą jakby w oczy samemu Chrystusowi obecnemu w „świętych znakach” i razem z apostołem Tomaszem wyznają: „Pan mój i Bóg mój” (J 20, 28).

Warto jeszcze zwrócić uwagę na szczególny wymiar świętowania niedzielnego, który wyakcentował Benedykt XVI. W 2007 roku opublikował adhortację o Eucharystii, źródle i szczycie życia i misji Kościoła „Sacramentum caritatis” („Sakrament miłości”). Przypomina w niej, że w chrześcijaństwie od początku był obecny i pielęgnowany ścisły związek pomiędzy Eucharystią i życiem codziennym wierzących. Dlatego Ojciec Święty w numerze 72 pisze tak:

„Ta radykalna nowość, jaką Eucharystia wprowadza w życie człowieka, ujawnia się w sumieniu chrześcijańskim od samego początku. Wierni bardzo szybko dostrzegli głęboki wpływ, jaki celebracja eucharystyczna wywiera na styl ich życia. Św. Ignacy z Antiochii wyjaśniał tę prawdę, określając chrześcijan jako „tych, którzy przeszli do nowej nadziei”, jako tych, co żyją „na sposób dnia Pańskiego” (iuxta dominicam viventes). To określenie wielkiego męczennika antiocheńskiego wskazuje jasno na związek pomiędzy rzeczywistością eucharystyczną a chrześcijańską egzystencją w jej codzienności. (…)  Niedziela nie wyróżnia się bowiem przez proste zawieszenie zwyczajnych zajęć, jakby coś w rodzaju nawiasu w ramach zwyczajnego rytmu dni”.

Na czym polega ten charakterystyczny dla chrześcijan „eucharystyczny styl życia”? Otóż  „życie na sposób dnia Pańskiego” to:

- życie w świadomości wyzwolenia przyniesionego przez Chrystusa,

- realizowanie własnej egzystencji jako ofiary składanej Bogu z samego siebie. Uczestnictwo w celebracji eucharystycznej, w której sprawuje się pamiątkę paschalnego zwycięstwa Chrystusa, jest więc koniecznym czerpaniem z Bożych źródeł mocy świadectwa.

Dlatego ten dzień jawi się jako podstawowy i pierwszy dzień świąteczny, w którym każdy wierny w środowisku, w którym żyje, może stać się głosicielem i strażnikiem sensu czasu.

Jakże często wokół nas słyszymy: „Ach, te czasy! Gorszych nigdy nie było! Wprost nie da się żyć! I jaki sens mają nasze wysiłki? Przecież świata nie zbawisz!” Misją chrześcijanina jest głosić wartość i sens każdej chwili przeżytej z Bogiem w sercu, w promieniach łaski Chrystusa. 

Wtorek – 16.08.2022 r.

bł. o Alojzy Liguda, bł. o. Józef Cebula

       1. Błogosławiony Alojzy Liguda

Alojzy Liguda urodził się w Winowie (dziś dzielnicy Opola) 23 stycznia 1898 roku jako siódme dziecko Rozalii (z domu Przybyła) i Wojciecha Ligudy. Z datą śmierci już nie jest tak prosto. Gdyby wierzyć komendantowi obozu w Dachau, zakonnik zmarł 9 grudnia 1942 roku. Ale jak mu wierzyć, skoro w liście do matki Alojzego napisał, że przyczyną śmierci była otwarta gruźlica. Kłamał. Werbista chorował wprawdzie w obozie na zapalenie płuc, ale w chwili, gdy dołączono go do grupy przeznaczonych na śmierć, był już wyleczony. W obozowej dokumentacji jest poprawna data – 8 grudnia i prawdziwa przyczyna zgonu – utopienie.

Powodem wpisania go do grupy inwalidów skazanych na los królików doświadczalnych miała być zemsta jednego z kapo, któremu Alojzy zwrócił uwagę, że niesprawiedliwie rozdziela żywność między więźniów. Jak zaświadczył jeden z sanitariuszy, przed  śmiercią  rwano z jego ciała pasy skóry. Zwłoki więźnia numer 22604 spalono 13 grudnia w obozowym krematorium. Urnę z prochami odesłano do Winowa. Gliniane naczynie wysokie na 40 cm o średnicy 20 cm dotarło tu w lutym 1943 roku.

- Poznałem, jako proboszcz w Winowie, panią Gertrudę Baron - wspomina ks. Waldemar Klinger, obecnie proboszcz parafii katedralnej w Opolu. - Opowiadała mi, że jako dziesięcioletnie dziecko była z mamą w domu Ligudów i widziała stojącą na stole urnę, przy niej zapalone świece oraz matkę i kilkanaścioro krewnych i przyjaciół zmarłego modlących się za jego duszę. Pogrzeb odbył się wczesnym rankiem, bez śpiewów i udziału mieszkańców, jeśli nie liczyć najbliższej rodziny. Tego, by nikt nieproszony nie wszedł na cmentarz, pilnowali przy bramie przysłani z Opola funkcjonariusze gestapo.

Alojzy Liguda chrzest, Pierwszą Komunię św. i bierzmowanie przyjął w dzisiejszej katedrze, bo Winów należał do tej parafii. W kościele Świętego Krzyża odprawił też w 1927 roku pierwszą mszę św. Ale pogrzeb prowadził proboszcz (zbudowanego na początku lat 30.) kościoła w Opolu-Szczepanowicach. Urna spoczęła w rodzinnym grobie Ligudów. Naziści próbowali ten fakt ukryć i zakazali odnotowania pochówku w księgach.

Czy Alojzy mógł uniknąć losu męczennika? Prawdopodobnie niewiele zabrakło, by tak się stało. Uczył się w małym seminarium ojców werbistów w Nysie i stąd w 1917 roku został wysłany jako artylerzysta na front I wojny światowej. Po wojnie zdał maturę i wstąpił do nowicjatu w St. Gabriel pod Wiedniem. Święcenia przyjął w Wiedniu w 1927 roku. Gdyby spełnił marzenia o wyjeździe na misje do Chin lub do Nowej Gwinei, być może w ogóle uniknąłby skutków wojny. Przełożeni zdecydowali inaczej.

Powstawała właśnie polska prowincja Zgromadzenia Słowa Bożego i o. Alojzy - jako znający język - został dla jej wzmocnienia wysłany do Polski. Ojcowie przyjęli polskie obywatelstwo. W Poznaniu studiował polonistykę, pracę magisterską napisał o literackości Galla Anonima. Pracował też jako kapelan i katecheta w szkole sióstr urszulanek dla dziewcząt. Z tamtego czasu przetrwały trzy tomy bardzo dobrych kazań dla młodzieży żeńskiej, wznowionych zresztą w opolskim Wydawnictwie Świętego Krzyża w 2010 roku. Latem 1939 roku został rektorem klasztoru w Górnej Grupie. W lutym 1940 r. zaczęła się jego wędrówka przez kolejne obozy: Nowy Port w Gdańsku, Sachsenhausen, Stutthof, aż po Dachau, gdzie trafił 14 grudnia 1940 roku. Póki żył, podnosił współwięźniów na duchu. Ci, co przeżyli, wspominają, że zawsze miał na podorędziu nie tylko słowa modlitwy i pociechy, ale i nowy dowcip.

Już po wojnie okazało się, że mógł skutecznie starać się o zwolnienie z obozu. Rodzina miała obywatelstwo niemieckie, on sam był weteranem wojny, dwaj bracia polegli na froncie. Nie podpisał lojalki, bo czuł się odpowiedzialny za swoich polskich wychowanków. Mawiał podobno: „My starzy, możemy zginąć, ale oni, młodzi, muszą przeżyć”. A słów na wiatr nie rzucał.

  1. Błogosławiony Józef Cebula

Józef Cebula, syn Adriana i Rozalii z d. Buhl, urodził się 23 marca 1902 r. w Malni. W latach 1916-1918 uczęszczał do seminarium na­uczycielskiego w Opolu, a od 1920 r. do Niższego Semina­rium Duchownego Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Krotoszynie; tam zdał maturę.

14 sierpnia 1921 r. rozpoczął nowicjat w tym­ zgromadzeniu. Pierwszy rok studiów filozofii i teologii odbyt w Liege w Belgii, następnie w Lu­blińcu. Wieczyste śluby zakonne złożył w roku 1925. Święcenia kapłańskie przyjął 5 lutego 1927 roku.

W latach 1923-1931 uczył w niższym semina­rium w Lublińcu, od 1931 do 1937 roku był tam superiorem, pełniąc równo­cześnie obowiązki spowiednika sióstr. Był też cenionym kaznodzieją.

 W lipcu 1937 roku otrzymał nominację na superiora i mistrza no­wicjatu w Markowicach, w archidiecezji gnie­źnieńskiej.

Od początku wojny wspólnota w Markowicach była prze­śladowana. Na jej członków nałożono areszt. W październiku 1940 r. oblatów wypędzono i dachu nad głową musieli szukać w markowickich rodzinach. Jeszcze w grudniu 1939 r. zażądano, by o. Cebula wyznaczył kilku współbraci do rozbijania przydrożnych figur Matki Bożej, potem zabronio­no sprawowania funkcji kapłańskich. O. Józef nigdy nie podporządkował się tym żąda­niom. W ciągu dnia pracował jako robotnik, ale każdej nocy odprawiał Mszę św. i potajemnie, w przebraniu, niósł pociechę umierającym, udzielał ślubów, chrzcił i spowiadał. Gdy poszedł do pobliskiej wsi, by udzie­lić chorej sakramentów św., został - w wyniku donosu - aresztowany i przewieziony do obozu w Mauthausen, praw­dopodobnie z poleceniem zlikwidowania go. Był traktowany szczególnie okrutnie. Został przydzielony do karnej kompanii pracującej w kamieniołomie. Przy pracy kazano mu śpiewać prefację i bito go. Świadkowie stwier­dzają, że zachowywał się z godnością, która robi­ła wrażenie także na niemieckich kry­minalistach.

Z obozu próbowali go wydobyć - bezskutecznie - lublinieccy Niemcy, świadcząc, że jako ksiądz służył Niemcom i Polakom. W jego obronie wystąpił proboszcz w Otmęcie, ks. Hubert Demczak, a nawet  Ortsgruppenleiter z Malni. Bez rezultatu.

Zachowały się świadectwa współwięźniów o ojcu Józefie. Salezjanin, ks. Wiktor Spinka zanotował: „Ks. Cebula przybył do obozu koncentracyj­nego w Mauthausen 7 kwietnia 1941 roku. Zanim go przydzie­lono na blok 7/1, przeszedł przez ciężkie tortury w czasie przebie­rania w ubranie obozowe - dre­lichy i pasiaki - w łaźni, w ka­merze. Kilku esesmanów skopa­ło go, a 12 współwięźniom pra­cującym w kamerze esesmani kazali go bić. (...) Kilka minut po przyjściu ks. Cebuli na blok dwóch esesmanów wpadło z grubymi pałkami. W brutalny sposób wciągnęli go do umywalni i tam bito go ponad godzinę, aż do kil­kakrotnej utraty przytomności. Potem dano mu sznur, proponując, aby się powiesił, skoro i tak musi umrzeć. W nocy znowu zwleczono go z łóżka, za­ciągnięto do umywalni, gdzie bito go długi czas. Takie sceny powtarzały się kilkanaście razy.

- Na jego ciele nie było ani jednego miej­sca, które nie byłoby sine, wspominał inny więzień.  - Któregoś dnia wyglą­dał tak, jak gdyby wstąpiły w niego nowe siły. Sta­nął przed krzyczącym i bijącym go esesmanem. Z jego twarzy bił taki majestat, że tamten mimo woli umilkł, a o. Cebula mówił: „Żebyś wiedział, błaźnie, jaki ty śmieszny jesteś w swoim podskakiwa­niu i krzyku. I cóż możesz uczynić? Tylko zabić. To potrafi byle dureń. Lecz jest Ktoś wyższy, kto sądzi czyny ludzkie. Jest Ktoś, kto zna sprawiedli­wość".

Wreszcie 28 kwietnia 1941 roku zawleczono go do pracy w ka­mieniołomach, gdzie stale był zatrudniony. Tam Oberscharführer Spatz i kapo kazali mu prze­chadzać się w obrębie strefy zakazanej, a potem padał roz­kaz „w tył zwrot". Gdy w pewnym momencie po raz kolejny do­szedł do tej strefy, kazano mu iść naprzód. Osiem kul ugo­dziło go w pierś, głowę i szyję. Żył jeszcze tylko kilka godzin.