Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Download Joomla Templates by NewJackets

Konferencja II

Opublikowano: czwartek, 08 sierpień 2019

ŚRODA, 14.08.2019
KONFERENCJA II

Czy dziś potrzeba przygotowywać się do zawarcia sakramentu małżeństwa? Żyjemy w czasach, w których feministki proponują walkę kobiet z mężczyznami, aktywiści gejowscy - izolację kobiet od mężczyzn, a Bóg niezmiennie - jak na początku historii - proponuje mężczyźnie i kobiecie wzajemną miłość i wspólne dorastanie do świętości. Znakiem naszych czasów jest mylenie miłości z popędem, współżyciem seksualnym, stawianie znaku równości pomiędzy miłością i tolerancją, między tolerancją a akceptacją posuniętą aż do zgody na zło i grzech. Wielu nie widzi różnicy pomiędzy małżeństwem a „wolnymi związkami”. Z tym, że stanowczo podkreśla się wyższość tzw. wolnych związków nad małżeństwem. Dlaczego? Gdyż małżeństwo jako cywilizacyjny przeżytek ogranicza spontaniczność uczuć i ta skostniała instytucja nie liczy się z tym, że „każdy ma prawo do szczęścia”. Dopowiedzmy realistycznie: nawet kosztem drugich… Stąd lobbowanie przy stanowieniu prawa, takich przepisów, które uwalniają człowieka od trudnej miłości i przez szybki rozwód pozwalają zakosztować następnej – rzekomo miłości łatwiejszej… No, cóż! Istnienia Yeti i „złotego pociągu” dotąd nikt nie udowodnił – podobnie z łatwą miłością. „Fantazja, fantazja bo fantazja jest od tego, żeby bawić się na całego…” Przed laty to była popularna piosenka dla dzieci. Minęły lata a tekst zdaje się być programowym hymnem dla wielu dorosłych… Dlatego celem niniejszej konferencji jest ukazanie Bożego planu w odniesieniu do wzajemnej relacji między mężczyzną a kobietą, a zwłaszcza między mężem a żoną, czyli opis dojrzałej miłości małżeńskiej i rodzicielskiej, dzięki której możliwe jest trwałe małżeństwo i szczęśliwa rodzina. Po co? Dlaczego? Spójrzmy na naszą codzienność. Do obsługi skomplikowanych i kosztownych urządzeń musimy się przygotować przez odpowiednie szkolenia. By zasiąść za sterami, kosztującego miliony dolarów samolotu, nie wystarczy sama chęć latania. Również kierowanie samochodem domaga się kursu na prawo jazdy. A to tylko urządzenia, przedmioty… A cóż dopiero człowiek, więź, budowanie relacji między mężczyzną a kobietą! Iluż tu potrzeba umiejętności, by uszczęśliwiać a nie krzywdzić! Ile wrażliwości by widzieć i słyszeć to, co nie jest wcale oczywiste w drugim człowieku! Trzeba się tego uczyć przez całe życie i to od najlepszych nauczycieli. Zaczynamy w naszych domach, rodzinach, od pierwszych momentów życia, na długo przed urodzeniem. Tym bardziej intensyfikujemy zdobywanie wiedzy i umiejętności przed podjęciem ważnych i kluczowych decyzji w naszym życiu. A taką jest decyzja o małżeństwie i budowaniu rodziny. Dziś, zanim dzieci, wyruszą na szkolną wycieczkę, rodzice i nauczyciele skrzętnie sprawdzają czy kierowca i autokar są dobrze przygotowani. A co z małżeństwem? Ono nie jest pomysłem cywilizacyjnym ale zamiarem Bożym. Dopiero rozumienie Bożego planu uświadamia ogromną potrzebę i odpowiedzialność w przygotowaniu się do zawarcia sakramentu małżeństwa. Małżeństwo: propozycja Boga i pomysły ludzi. Bóg jest twórcą małżeństwa, a pierwsze polecenie, jakie Stwórca kieruje do kobiety i mężczyzny brzmi: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się” (Rdz 1, 28). W kontekście biblijnym płodność jest nierozerwalnie związana z miłością małżeńską i dlatego owo pierwsze polecenie Boga to wezwanie do tego, żeby mężczyzna i kobieta pokochali siebie aż tak wielką miłością, by chcieli pozostać ze sobą na zawsze i by z radością przyjęli potomstwo! Bóg wie, że los ludzkości zależy najbardziej od tego, co dzieje się między mężczyzną a kobietą, a zwłaszcza między mężem a żoną. Obecna sytuacja w Polsce i Europie jest niekorzystna dla małżeństwa i rodziny. Rośnie liczba rozwodów i maleje liczba zawieranych małżeństw. Dzieje się tak mimo tego, że - jak pokazują badania - młodzi ludzie nadal na pierwszym miejscu stawiają marzenie o małżeństwie i rodzinie. Piękne i wielkie marzenia są ważne bo stoją u początku wielu wspaniałych dokonań. To, o czym marzysz i czego pragniesz, świadczy o bogactwie albo… o biedzie twego serca. Ale same marzenia nie wystarczą – bo nie one podejmują ważne decyzje ale człowiek. Dlatego młodym dziś tak trudno dorastać do miłości w społeczeństwie zdominowanym niską kulturą i demoralizującym wpływem liberalnych mediów, dla których „ideałem” jest sytuacja, w której on i ona bawią się sobą i pozbawiają się płodności. Ponadto feministki nawołują do walki kobiet z mężczyznami, a aktywiści gejowscy gloryfikują izolację mężczyzn i kobiet. Oczywiście, wszystko w kolorowym „opakowaniu” obietnic łatwego szczęścia, łatwego życia, łatwej miłości. Ale takiego szczęścia, takiego życia i takiej miłości nie ma, podobnie jak nie ma „suchej” wody i „mokrej” suszy… W konsekwencji powyższych zjawisk coraz mniej młodych ludzi ma odwagę, by realizować wielkie marzenia i decydować się na małżeństwo. Inni szukają kompromisu i zadowalają się związkami nietrwałymi i nieodpowiedzialnymi, opartymi na fikcji „wolnych związków”, które w rzeczywistości nie istnieją, gdyż nie istnieją rzeczy wewnętrznie sprzeczne, jak na przykład związki, które nie wiążą. 

PRZYKŁAD. Po co alpiniście węzeł na linie, która nie utrzyma go nad przepaścią gdyż rozwiązuje się równie szybko jak sznurowadło przy bucie?... Są i tacy, którzy decydują się pochopnie na zawarcie małżeństwa, zanim nauczą się kochać i zanim staną się zdolni do wypełnienia przysięgi małżeńskiej. Czasem dochodzi do swoistej „kradzieży” małżeństwa, gdy jedno z narzeczonych składa przysięgę, którą chce i potrafi wypełnić, a druga strona nie jest do tego zdolna choć nawet chce.

ANEGDOTA – prawdziwy „suchar z brodą”: - Jeszcze raz chciałbym pojechać do Hiszpanii. - A kiedy ty tam byłeś? - Nigdy, ale raz już chciałem… To, że czegoś chcę nie oznacza, że wiem jak to osiągnąć… Bywa i tak, że ktoś zawiera małżeństwo, by „ratować” tę drugą osobę, która przeżywa kryzys ale nie jest tu i teraz zdolna, by mądrze kochać. Dlatego takie małżeństwo może okazać się nieważne. Niestety, również wtedy miniony czas zostawia często bolesne ślady w życiorysie… Największe szanse na trwałe małżeństwo i szczęśliwą rodzinę mają ci narzeczeni, którzy decydują się połączyć się ze sobą miłością sakramentalną, czyli taką miłością, która jest wierna i nieodwołalna na podobieństwo miłości Boga: „Co więc Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela” (Mt 19, 6). W sakramencie małżeństwa narzeczeni przysięgają sobie miłość z Bożym, czyli najwyższym „znakiem jakości” we wszechświecie, gdyż postanawiają się kochać tak wiernie i ofiarnie jak Chrystus ukochał swój Kościół (por. Ef 5, 31-32), aż do oddania swego życia. Przez specjalny sakrament małżonkowie zostają wzmocnieni i konsekrowani do obowiązków swego stanu i godności. Otrzymują łaskę Chrystusa, by „miłowali się miłością nadprzyrodzoną, delikatną i płodną”. Pamiętajmy jednak, że łaska Boża buduje na naturze ludzkiej. Stąd tak ważnym jest, co zrobiliśmy aby swoją naturę uczynić dojrzalszą. Owocne przyjęcie sakramentu małżeństwa wymaga odpowiedniego przygotowania się narzeczonych, by zawierali go, żyjąc w ufnej przyjaźni z Bogiem i respektując na co dzień Jego przykazania. Małżeństwo sakramentalne oznacza, że on i ona wiedzą, iż chcą kochać siebie nawzajem z mocą, wiernością, czułością i mądrością Chrystusa oraz że są otwarci na pomoc Boga, na Jego światło i moc, zwłaszcza w sytuacji próby, trudności czy rozczarowań. Sprawdzianem wielkiej otwartości na działanie Boga jest życie w czystości, a także to, że dla obojga narzeczonych marzenie o świętości jest jeszcze ważniejsze niż marzenie o małżeństwie. Warto, zwłaszcza w naszych czasach uświadomić sobie, że czystość dla miłości jest jak ekologiczne środowisko dla zdrowia. Czystość nie jest po to, by ją chronić dla niej samej. Dojrzale, czyli mądrze, przeżywana czystość tak przedmałżeńska jak i małżeńska, chroni narzeczonych i małżonków, chroni ich miłość przed tym, co może jej szkodzić, hamować jej rozwój oraz krzywdzić kochane osoby. Podstawą zafałszowanego podejścia do czystości jest wręcz klaustrofobiczne ograniczanie jej wymagań tylko do sfery seksualnej. To tak, jakby normalne zasady higieny, które nas chronią a nie ograniczają, obowiązywały tylko u lekarza; w gabinecie, czy w szpitalu… A wszędzie indziej możemy zapomnieć o higienie… Poza szpitalem brud i zarazki stają się witaminą i zdrową żywnością… Czujecie absurd takiego myślenia? Podobnie jest w temacie czystości. To sprawa serca a nie tylko seksu. Pomyśl, czym już teraz, w tej chwili, wypełnione jest twoje serce, czyli twoje wnętrze, twoja dusza, twój umysł, pamięć, wyobraźnia, czyli wszystkie wymiary życia wewnętrznego, duchowego, również psychicznego? Wtedy zobaczysz czy jesteś gotów na czystość, czy nie. Czy już żyjesz w czystości, czy nie…? Wtedy odkryjesz, jaki rodzaj „detoksu” jest ci potrzebny. Duchowy? Psychiczny? Rozumowy? Tzn. czy nie hołdujesz fałszywemu bożkowi o imieniu: przyjemność ponad wszystko?! Czy twoja wyobraźnia nie jest „zachwaszczona” fałszywą wizją pozornego szczęścia w miłości? Czy masz autentyczną wiedzę na temat budowania relacji, pielęgnowania więzi, doskonalenia się w ofiarnej miłości? Czy hołdujesz modnym mitom i iluzjom, na których ktoś nieźle zarabia a ty możesz stracić wszystko? Dosłownie! Czy jesteś gotów by mądrze kochać? Ponieważ nie ma brudnej miłości, ale jest wiele spraw, które brudzą i niszczą miłość. Nie ma grzesznej miłości ale są grzechy przeciwko miłości, które nigdy jej nie służą ale zawsze ją ranią i krzywdzą. Czystość dotyczy także uczciwości (bogacić się kradnąc czy też solidnie, ciężko pracując?) Czystość dotyczy też prawdomówności (czysty język jest wolny od fałszu, kłamstwa, intryg, przemocy i wulgarności). Czystość dotyczy też wierności (podczas gdy Jezus daje nam w sakramentach Nowe Życie, to szatan wciska nam drugie życie, życie podwójne, zagubione w intrygach grzechu). Jak myślisz, co wybierze człowiek czystego serca? Boże czy bezbożne rozwiązania? Warto o tym rozmawiać z kochaną osobą… Warto się nawzajem wspierać w czystości. W czystym środowisku rozwija się to, co zdrowe i silne. Czy nie takiej miłości pragnie każdy z nas? Owocne przyjęcie sakramentu małżeństwa oznacza też, że ona i on osiągnęli już taki stopień dojrzałości i wypłynęli na taką głębię człowieczeństwa, iż żadne z narzeczonych nie ma cech czy zachowań, które niepokoją tę drugą stronę czy jej bliskich. Sakramentu małżeństwa nie przyjmuje się bowiem w niepewności! Jeśli ktoś z narzeczonych ma wątpliwości co do miłości i odpowiedzialności tej drugiej osoby, to nie powinien zawierzać jej swojego losu oraz losu przyszłych dzieci. Prawdziwa miłość umie czekać i wie, jak nie zmarnować czasu oczekiwania. Przygotowanie do miłości małżeńskiej Ludzie „wychowani” na populistycznych fikcjach „poprawnej” politycznie pedagogiki nie są zdolni nie tylko do zawarcia szczęśliwego małżeństwa i założenia trwałej rodziny, ale też nie są w stanie realistycznie myśleć i solidnie pracować. Warunkiem szczęśliwego małżeństwa itrwałej rodziny nie jest „poprawianie” Bożych rozwiązań w tym względzie, lecz dojrzałe wychowanie człowieka. Dorastanie do tak wielkiej i wiernej miłości, jaką Bóg proponuje małżonkom w sakramencie małżeństwa, nie jest ani czymś łatwym, ani spontanicznym. Wymaga od obojga kandydatów solidnej pracy nad sobą i stawiania sobie twardych wymagań. Przygotowanie do sakramentu małżeństwa zaczyna się już w dzieciństwie, gdy syn czy córka obserwują postawę rodziców względem siebie. Im bardziej rodzice są wierni przyjętemu sakramentowi i codziennie komunikują sobie miłość czułą, cierpliwą, mądrą i wierną, tym bardziej dziecko pragnie w przyszłości zawrzeć równie szczęśliwe małżeństwo w oparciu o podobną miłość. Druga faza przygotowania do sakramentu małżeństwa ma miejsce w parafii, szkole i środowisku rówieśniczym, w którym przebywa dorastający chłopak czy dziewczyna. Cennym wsparciem w tej fazie uczenia się miłości jest uczestnictwo w dobrze prowadzonych katolickich wspólnotach, ruchach formacyjnych dla młodzieży. Trzecia faza przygotowania do miłości małżeńskiej i rodzicielskiej to zakochanie, tworzenie par i wspólne dorastanie jego i jej do decyzji bycia razem na zawsze. Ważne, by w tej fazie nie dochodziło do inicjacji seksualnej czy do innych form krzywdzenia się nawzajem. I nie chodzi o jakieś fatum, klątwę czy inne lęki ale o zranienia, które trudno i długo się goją… Bezpośrednią fazą przygotowania do zawarcia małżeństwa sakramentalnego jest okres narzeczeństwa i przygotowanie narzeczonych w parafii. Narzeczeństwo to czas, w którym ona i on obserwują siebie samych i siebie nawzajem jako ewentualnych kandydatów na małżonków i na rodziców swoich przyszłych dzieci. Warunkiem zawarcia sakramentalnego małżeństwa jest uczestnictwo w przygotowaniu, jakie proponuje parafia, dekanat czy specyficzne grupy formacyjne, np. duszpasterstwo akademickie. Zwykle te formy bezpośredniego przygotowania, organizowane przez księży, nazywane są „kursem przedmałżeńskim.” Nazwa ta jest nieprecyzyjna i może wprowadzać w błąd z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że księża nie muszą być specjalistami od kursów, szkoleń czy prowadzenia jakichś warsztatów, natomiast powinni być specjalistami od sakramentów świętych i od przygotowania do owocnego przyjmowania sakramentów. Po drugie, kursy kojarzą się zwykle ze zdobywaniem określonego zasobu wiedzy z danej dziedziny czy jakichś nowych kompetencji zawodowych, a tymczasem przygotowanie do zawarcia sakramentu małżeństwa oznacza coś znacznie więcej, gdyż ma to być pomoc w umacnianiu przyjaźni z Bogiem, w wypływaniu na głębię człowieczeństwa, w dojrzałym rozumieniu i przeżywaniu chrześcijaństwa oraz w kształtowaniu postawy miłości, wierności i odpowiedzialności na podobieństwo postawy Boga wobec człowieka. Gdyby streścić to, czego dotyczy, wymagane przez Kościół, bezpośrednie przygotowanie do małżeństwa można powiedzieć: trzeba się nauczyć OD KOGO, JAK i CZEGO trzeba się uczyć przez całe życie. Ważne jest to, by okresu narzeczeństwa (oficjalnie ogłoszonego w kręgu rodziny i znajomych lub przeżywanego tylko prywatnie) nie utożsamiać z niemal pewnym już zawarciem sakramentu małżeństwa. Narzeczeństwo to okres analogiczny do pobytu kleryków w seminarium duchownym. Nie każdy, kto wstępuje do seminarium, wychodzi z niego księdzem. Podobnie w narzeczeństwie. To okres twardej, rzeczowej weryfikacji stopnia dojrzałości i wzajemnej miłości obojga narzeczonych. Do ostatniej chwili każde z nich ma prawo się wycofać, jeśli okaże się, że nie jest pewne swojej nieodwołalnej miłości do tej drugiej osoby lub jeśli w narzeczonym dostrzeże coś, co poważnie niepokoi i z czym może sobie nie poradzić w przyszłości. Dlatego tak ważne jest aby narzeczeni nie byli „uzależnieni” od siebie nawzajem. Żeby nie było krępującego, zniewalającego przymusu w jakiejkolwiek dziedzinie; emocjonalnej, finansowej czy innej… Bardzo tragicznie brzmi stwierdzenie: „Teraz musisz się ze mną ożenić… musisz za mnie wyjść…” Stąd już krok do wyznania: „Teraz musisz mnie kochać!” W niepewności ale i w zniewoleniu nie powinno się działać, a tym bardziej nie powinno się podejmować najważniejszej decyzji na tej ziemi, jaką jest zawarcie sakramentalnego małżeństwa. Oczywiście, pewien stopień niepokoju, uzasadnionego lęku, bywa w okresie narzeczeństwa czymś normalnym i jest wręcz pozytywnym znakiem dojrzałości oraz realizmu obojga narzeczonych. Tylko ludzie zaburzeni nie mają najmniejszych wątpliwości. Ważne jest to, w jaki sposób ona i on reagują na ewentualne krytyczne obserwacje czy uwagi drugiej strony. Czym innym jest panika a czym innym poczucie odpowiedzialności. Jeśli któreś z narzeczonych nie ma w sobie radości z ciągłego rozwoju, jeśli nie okazuje pragnienia dalszego rozwoju po to, by kochać coraz mocniej, lecz przeciwnie - oczekuje, że ta druga osoba będzie go akceptować tylko „takim, jakim jest”, to jest to sygnał aż tak niepokojący, że powinno się w takiej sytuacji zawiesić datę ślubu, gdyż ten, kto kocha, nieustannie się rozwija, niezależnie od trudności chce rozwoju i każdego dnia kocha bardziej („dzisiaj bardziej niż wczoraj - jutro bardziej niż dzisiaj…”). Wyraźnym znakiem niezdolności do miłości małżeńskiej jest sytuacja, gdy ktoś z młodych ludzi wiąże się z kolejną osobą i za każdym razem - po kilku czy kilkunastu miesiącach - okazuje się, że nie potrafi podjąć decyzji o tym, że chce tę drugą osobę kochać na zawsze. Z taką postawą spotykamy się coraz częściej, zwłaszcza u współczesnych mężczyzn. Zwykle próbują oni „usprawiedliwiać” własną niezdolność do miłości i twierdzą, że nie podejmują decyzji o tym, że kochają, gdyż po początkowym zauroczeniu ich uczucie do tej drugiej osoby stopniowo wygasa i że w związku z tym uświadamiają sobie, że to chyba jednak jeszcze nie „ta” kobieta, na którą czekają. Tymczasem zakochanie w drugiej osobie i emocjonalne zauroczenie nią nie może trwać wiecznie, gdyż wieczna jest tylko miłość a nie uczucie zakochania. To nie uczucia podtrzymują miłość, ale to miłość podtrzymuje uczucia i sprawia, że im bardziej kocham tę drugą osobę, tym bardziej się nią cieszę także wtedy, gdy minęły już dziesiątki lat od ślubu. PRZYKŁAD. To nie ogień sprawia, że przybywa drewna w lesie ale to przygotowane odpowiednio drewno podtrzymuje, podsyca i powiększa ogień… Jeśli jakiś mężczyzna zakochuje się w kobiecie i odkrywa, że ona nie tylko zauroczyła go swoim zewnętrznym wyglądem i zachowaniem, ale że ma też podobne wartości, ideały i aspiracje oraz że jest zaprzyjaźniona z Bogiem i szlachetna, a mimo to mężczyzna ten nie jest pewien, czy ją kocha, i liczy na to, że to jego uczucia i nastroje mu podpowiedzą, co robić - potwierdza, że nie jest zdolny do miłości, gdyż nie dysponuje ani wewnętrzną mocą, ani odwagą potrzebną do tego, by kochać na zawsze, niezależnie od aktualnych przeżyć i wyłącznie dlatego, że ta druga osoba stała się dla niego bezcennym skarbem, gdyż taką właśnie podjął decyzję. Ludzie, którzy nie potrafią kochać, usiłują przekonać samych siebie o tym, że miłość kiedyś zgłosi się do nich „sama”, że zostanie im przyniesiona na skrzydłach uczuć. Tymczasem to miłość jest wieczna i wszechmocna, a nie uczucia. To nie uczucia sprawiają, że kocham - jeśli kocham - ale to ja tak decyduję - jeśli decyduję - i wtedy cieszę się tą drugą osobą coraz bardziej. „Miłość to nie jest to, co czujesz ale to, co postanawiasz” (dr Wanda Półtawska). Kochający dojrzale, nieporównywalnie bardziej niż zakochany, cieszy się osobą, w której się zakochał. Jeśli zakochanie nie przechodzi w miłość, to - jak każdy stan emocjonalny - skazane jest na nieuchronne umieranie, a emocjonalny zachwyt drugą osobą przerodzi się w obojętność i bolesne odkrycie, że „to jednak nie była miłość”. Jeśli ktoś myśli, że zawarcie małżeństwa jest mądre, dopiero gdy „poczuje”, że to „ta” osoba, to jest człowiekiem irracjonalnym, który kieruje się potrzebami emocjonalnymi ale kochać nie potrafi. Jeśli on i ona potrafią już kochać i spotykają drugą osobę, która też potrafi już kochać, gdy cieszą się sobą fizycznie i emocjonalnie, jeśli mają podobny świat przekonań, zasad moralnych, wartości i aspiracji, gdy są zaprzyjaźnieni z Bogiem, a mimo to on po kilkunastu miesiącach nie deklaruje z całą pewnością siebie, że chce ją poślubić („Kiedy?” A to zależy jeszcze od wielu innych okoliczności np. od zakończenia studiów); albo ona w obliczu jego oświadczyn twierdzi, że dalej jest niepewna tego, co „czuje” wobec niego; albo obydwoje chodzą ze sobą w nieskończoność, to wszystko stanowi znak, że tu i teraz nie są zdolni do miłości, czyli że nie dorośli jeszcze do bycia kandydatami na małżonków. Nadal jeszcze bawią się życiem jak egocentryczne dzieci. Jeszcze bardziej zależni są od uczuć i emocji niż od własnych decyzji. Decyzja o miłości bliźniego wynika z chęci naśladowania Chrystusa i wymaga wyjścia poza egocentryzm dziecka czy nastolatka. Decyzja zaś o miłości małżeńskiej, czyli o pokochaniu kogoś na zawsze, powinna opierać się na racjonalnej analizie tego, czy ta druga osoba cieszy mnie pod każdym względem: tak fizycznie („podoba mi się”) i duchowo („biskie jest mi to, czym żyjesz”). Gdyby nawet była najwspanialszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałem, to żadne uczucia ani argumenty nie zdecydują za mnie, że ją pokocham. To zależy ode mnie, od mojej zdolności do tego, by kochać: na pewno i na zawsze. Jeśli ktoś oczekuje, że w podjęciu tej decyzji zastąpią go jego uczucia, to jest kimś skrajnie naiwnym lub pozostaje w fazie egocentryzmu dziecięcego, który dla człowieka dorosłego oznacza regres albo poważny kryzys. Oczekiwanie na to, że uczucia upewnią mnie, że to już „ta” osoba, którą chcę pokochać na zawsze, to typowa postawa egoisty, któremu miłość kojarzy się z jego miłym nastrojem, romantyzmem, z czymś lekkim, łatwym, spontanicznym i przyjemnym. Ktoś taki nie ma pojęcia o tym, że miłość to dar i zadanie. Kto kocha, ten przesuwa uwagę z samego siebie na drugą osobę... Jeśli on i ona zaczynają chodzić ze sobą i tworzyć parę, myśląc o małżeństwie i deklarując tej drugiej osobie, że to jest ich cel - a nie przeżycie z kimś (może kolejnego?) zakochania czy romansu - to deklarują, że już potrafią kochać i że szukają drugiej osoby, która też już potrafi kochać. Jeśli ktoś myśli, że nauczy się kochać na randkach, jeśli nie nauczył się kochać przez dwadzieścia czy więcej lat w domu rodzinnym i w kontaktach z innymi, ważnymi dla siebie, osobami, to oszukuje samego siebie. Oczywiście, zdarza się, że na przykład mężczyzna, który dotąd nie potrafił jeszcze kochać, tak bardzo zachwyci się kobietą - jej fizycznym i duchowym urokiem - że ona go zafascynuje i że zapragnie ją pokochać. Ale w takim przypadku jego miłość powinna rosnąć z dnia na dzień, powinna być coraz bardziej pewna siebie. Powinien być tak bardzo pewien, że zaczął kochać, że komunikuje to jej coraz bardziej stanowczo i sam nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że to „ta”, którą postanowił pokochać na zawsze. „Chodzenie ze sobą” ludzi myślących o małżeństwie to nie dopiero przygotowywanie się do miłości ani czekanie na to, że może w przyszłości ta miłość się między nimi pojawi. Bycie parą to weryfikowanie miłości, z jaką on i ona odnoszą się do siebie już. Tu i teraz. Obydwoje powinni już tu i teraz kochać, a to, co podlega weryfikacji, to nie to, czy kiedyś będą w stanie pokochać, ale to, czy ta ich wzajemna miłość - którą już sobie komunikują! - jest na tyle stanowcza i mocna, że da im odwagę, by ślubowali sobie największą miłość, jaka jest możliwa między mężczyzną a kobietą, czyli miłość małżeńską. Decyzja o miłości małżeńskiej przynosi niewyobrażalną radość. Człowiek dojrzały wie jednak, że przynosi też ból ostatecznego rozstania się z egocentryzmem i z egoizmem. Żeby naprawdę z kimś się trwale zjednoczyć, często trzeba z kimś innym lub z czymś innym definitywnie się rozstać. A to kosztuje i boli, jeśli dzieje się naprawdę. Odtąd moje największe marzenia i moje codzienne plany w najdrobniejszych sprawach podporządkowuję naszej wspólnej więzi i trosce o drugą osobę. Gdy podporządkowuję drugiej osobie wiele rzeczy we mnie i wokół mnie, to nie ograniczam przez to mojej wolności ani nie rezygnuję z wolności, gdyż decyduję się kogoś pokochać na zawsze nie dlatego, że tak „trzeba”, że do tego skłaniają mnie moje potrzeby emocjonalne czy instynkt, ale dlatego, że ja tak chcę i że wiem, iż decyzja o pokochaniu kogoś nieodwołalnie to szczyt wolności, to sens wolności, to radość wolności! Szczytem możliwości człowieka nie jest wolność, lecz miłość. Ona też jest szczytem naszej wolności. Kto dużo może, wcale nie musi kochać. Kto zaś naprawdę kocha ten może najwięcej. To radość miłości, która ma świadomość ceny za podjętą decyzję. Mądra decyzja o nieodwołalnej miłości jest powiązana ze świadomością, że ta druga osoba nie jest Bogiem, że ma swoje ograniczenia, że nie we wszystkim spełni moje marzenia. Ale że tak bardzo ją kocham i że ona tak bardzo mnie kocha, że cena za miłość będzie zdecydowanie mniejsza niż radość ze wspólnej miłości. Kto kocha miłością, która może stać się miłością małżeńską, ten stawia tę drugą osobę w centrum swojego świata, w centrum swego serca i swojej uwagi. Odtąd wszystkie dotychczasowe więzi, formy aktywności, pasje, zainteresowania, hobby zostają w cieniu radości z tego, że kocham tę drugą osobę aż tak bardzo, że chcę związać z nią mój los na zawsze i że ona - zachwycona moją miłością - podejmuje podobną decyzję. Kto kocha, ten chce być zależny od losu tej drugiej osoby, podobnie jak Bóg postanowił uzależnić swój los od naszego losu, nie oszczędzając samego siebie. W sercu każdego człowieka, moi przyjaciele, jest pragnienie domu. Tym bardziej młode serce przepełnia przeogromna tęsknota za takim domem, który będzie własny, który będzie trwały, do którego będzie się nie tylko wracać z radością, ale i z radością przyjmować każdego przychodzącego gościa. To tęsknota za domem, w którym miłość będzie chlebem powszednim, przebaczenie koniecznością zrozumienia, a prawda źródłem, z którego wypływa pokój serca. To tęsknota za domem, który napełnia dumą, którego nie trzeba będzie się wstydzić i którego zgliszczy nigdy nie trzeba będzie opłakiwać. To pragnienie jest niczym innym jak tęsknotą za życiem pełnym, szczęśliwym, udanym. (…) Każdego dnia musi odzywać się w sercu: jak budować ten dom, któremu na imię życie? Jezus (…) wzywa nas do budowania na skale. Bo tylko wtedy dom nie może runąć. Co to znaczy budować na skale? Budować na skale to przede wszystkim budować na Chrystusie i z Chrystusem (BENEDYKT XVI, Przemówienie podczas spotkania z młodzieżą na Błoniach w Krakowie, 27.05.2006).