Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Download Joomla Templates by NewJackets

Konferencja II

Opublikowano: poniedziałek, 27, czerwiec 2016

PONIEDZIAŁEK, 14.08.2017 r.
KONFERENCJA II

Wewnętrzny i zewnętrzny wymiar misji w Kościele. Świadectwo aż po męczeństwo. Świętego Maksymiliana Marię Kolbego zna cały świat.

Najbardziej z powodu zdarzenia, które rozpoczęło się 29 lipca 1941. Tego dnia z obozu Auschwitz uciekł więzień, Zygmunt Pilawski, numer 14156. Oznaczało to karny apel – stanie w słońcu na baczność, bez jedzenia i kropli wody. Za to z lękiem, że jeśli uciekinier nie da się złapać, dziesięć osób zostanie skazanych na śmierć głodową. Ten apel trwał długo – dzień, noc i dzień - aż zastępca komendanta Karl Fritsch zdecydował się na wybiórkę do głodowego bunkra. Wśród tych, których wskazał był – Franciszek Gajowniczek, numer 5659. „Jak mi żal mojej żony i dzieci, które osierocę” - wyrwało się wyznaczonemu. Maksymilian Kolbe, nr 16670 na jego słowa występuje przed szereg i zdejmując czapkę, staje przed komendantem. Już to było aktem odwagi – wyjście z szeregu bez rozkazu mogło się skończyć ciężkim pobiciem i śmiercią. - Czego chce ta polska świnia? - pyta Fritsch. - Chcę umrzeć za niego – słyszy w odpowiedzi. - Kim jesteś? - pada następne pytanie. - Księdzem katolickim. - Dlaczego chce PAN (!) umrzeć za niego? - drąży Fritsch, nieoczekiwanie tytułując więźnia „Sie”.11 - On ma żonę i dzieci – wyjaśnia lakonicznie franciszkanin. Dobrze – zgadza się równie krótko Fritsch. Gajowniczek wraca na skrzydło siódmego szeregu więźniów. Kolbe dołącza do skazanych. Każą im zdjąć drewniaki i pasiaki, nago wprowadzają ich do celi śmierci – wszystkiego 8 metrów kwadratowych betonu – bez okien, prycz i sanitariatu. To przedśmiertne obnażenie Tomasz Terlikowski, autor najnowszej, wydanej na początku lutego 2017, biografii świętego, zestawia z odarciem z szat Chrystusa. - Zdechniecie tu jak tulipany – mówi im esesman odprowadzający ich na tę ostatnią drogę. Wchodzą do celi po dwóch. Maksymilian w ostatniej parze, podtrzymując pod ramię kolegę. Czy Kolbe w tej ekstremalnej sytuacji był misjonarzem? Czy realizował polecenie samego Chrystusa: „Idźcie i głoście”? 1 Rozmowa toczyła się po niemiecku; św. Maksymilian bardzo dobrze znał ten język Karl Fritsch odpowiedziałby na to pytanie przecząco. Gdyby przewidział, że wiadomość o ofierze księdza wyjdzie za druty, a numer 16670 zostanie wyniesiony na ołtarze, pewnie by się nie zgodził na zamianę ofiar. Zresztą i bez tego, kierując się logiką Auschwitz powinien ofiarę przyjąć, a zaraz potem ją unieważnić, wpędzając do bunkra śmierci Kolbego razem z Gajowniczkiem. Dlaczego się więc zgodził? Jan Józef Szczepański w eseju „Święty” (z tomu „Przed nieznanym trybunałem”) uważa, że był to wyraz specyficznej logiki Fritscha, człowieka, który codziennie rozstrzeliwał więźniów pod ścianą śmierci. Czasem dwudziestu w ciągu dnia. Ani Kolbego, ani Gajowniczka, ani żadnego ze stojących na placu apelowym numerów w pasiakach nie miał za świadków. A przecież się pomylił. Ofiara Maksymiliana miała znaczenie dla więźniów stojących na placu apelowym i ma dla nas. Głoszenie Ewangelii przez idącego na dobrowolną śmierć Maksymiliana polegało nie tylko na tym, że ofiarował życie za innego, według słów Pana Jezusa: Nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (J 15, 13). On to zrobił w rzeczywistości obozów koncentracyjnych, o której filozof, Barbara Skarga – mając zresztą na myśli komunistyczne obozy sowieckie – napisała, że są światem odwróconego dekalogu. Dekalog Maksymiliana nie został odwrócony. I on dał o tym świadectwo. Skazanych na śmierć głodową zamykano zawsze w tej samej celi, ale po raz pierwszy dochodziły z niej – jak długo wystarczało im sił - śpiewy pieśni o Matce Bożej i słowa odmawianego różańca. – Miałem wrażenie, że jestem w kościele – świadczył po latach Bruno Borgowiec, w 1941 roku tłumacz na bloku karnym. Zachowanie Kolbego robiło wrażenie nawet na esesmanach. Inni więźniowie w bunkrze reagowali na pojawienie się kogoś z załogi podczołganiem i prośbą o chleb albo o wodę. Daremnym, bo kończyło się często kopniakiem okutym żołnierskim butem w pusty brzuch. Kolbe nie pełzał nigdy. Esesmani, otwierając celę, najczęściej widywali go klęczącego albo – kiedy już sił zabrakło, siedzącego na piętach - wyprostowanego i modlącego się. „Ten tam ksiądz to całkiem porządny człowiek. Takiego tu jeszcze nie mieliśmy” – wyrwało się któremuś z oprawców, wspominał Borgowiec. Czternastego sierpnia 1941 roku męka dobiega końca. Po kolejnej ucieczce cela śmierci jest potrzebna dla innych. Hans Bock, więzień kryminalny numer 5 – jakby powiedziałby pisarz, Tadeusz Borowski – „członek założyciel Auschwitz”, dostaje polecenie dobicia tych, których głód jeszcze nie zmógł. Zastaje trzech leżących na podłodze skrajnie wyczerpanych więźniów i siedzącego, opartego o ścianę Maksymiliana. Kiedy podchodzi do tego ostatniego ze strzykawką fenolu, Kolbe z uśmiechem wyciąga rękę w jego stronę. - Czy to możliwe? – zastanawiał się – cytowany przez Terlikowskiego – Józef Stemler, kolega świętego Maksymiliana z baraku. – A więc może się zdarzyć człowiek, Polak, który nie kawałek chleba, nie kilka łyżek zupy z dna miski, ale swoje życie oddaje, aby ratować innego więźnia. W moralnej atmosferze obozu fakt ten wywołał głęboki dobroczynny wstrząs. Jak fale wywołane przez rzucony na głębinę kamień, potoczył się ten wstrząs moralny z bloku na blok, ze sztuby na sztubę, z serca do serca. - Nasz święty współwięzień przede wszystkim ocalił w nas człowieczeństwo. Był duchowym pasterzem w komorze głodowej. Wspierał, prowadził modlitwy, rozgrzeszał i wyprowadzał znakiem krzyża na drugi świat. W nas, ocalałych z selekcji, umocnił wiarę i nadzieję. Pośród tego zatracenia, terroru i zła przywrócił nadzieję – wspominał inny więzień Michał Micherdziński. Pojawiają się w literaturze także inne relacje więźniów, którzy przyznają, że choć stali na pamiętnym lipcowym apelu, nie widzieli czynu Maksymiliana i nie wiedzieli o jego ofierze. I one pewnie też są prawdziwe. Rozmowa z Fritschem trwała parędziesiąt sekund. Dla większości więźniów musiała pozostać niesłyszana. Przyjęcie czynu Kolbego wielu – przy najlepszej woli – przytłumiły troski o to, by nie dać się zagłodzić, zagonić ani zatłuc. Płynie z tego dla tych, co dziś próbują realizować postulat: „Idźcie i głoście” ważna nauka i pociecha: Nawet czyn świętego męczennika nie wszystkich poruszy. Zanim w tej wspólnej refleksji ostatecznie opuścimy Auschwitz, ostatnia myśl: Zdarza się czasem słyszeć i czytać psychologicznie wątpliwe hipotezy, że ofiara Kolbego była formą rezygnacji z życia skrajnie udręczonego więźnia, a Gajowniczek został uratowany niejako przy okazji. Ta sugestia się nie broni. Więzień samobójca szedł w Auschwitz na druty, nie do bunkra głodowego. W rzeczywistości Maksymilian wtedy, gdy było mu w obozie najciężej, gdy znęcał się nad nim kryminalista kapo Krott, gdy nosił ciała zmarłych kolegów do krematorium, dawał przykłady anielskiej cierpliwości. Kiedy koledzy próbowali go osłaniać, prosił: Nie pomagajcie mi. Bo i was bić będą. A mnie Niepokalana pomaga. Dam sobie radę. W lipcu – po opuszczeniu szpitala - w komandzie kartoflarzy, pod dachem mógł przeżyć. Mówił po niemiecku, więc – przynajmniej teoretycznie – miał szansę na funkcję w obozie. I był – jak na tę anonimową masę ludzką – dobrze znany. Bo pod pozorem przechadzki Lagerstrassą spowiadał, bo w ukryciu głosił kazania o Matce Bożej, bo oddawał chleb najsłabszym, bo częstowany prawdziwą herbatą – w obozie to niebywały rarytas – szukał kogoś, kto bardziej potrzebuje. To do jego pryczy ustawiały się w niedzielę kolejki, by napisał list do domu. Urzędową formułkę: „Jestem zdrowy, czuję się dobrze” należało napisać po niemiecku. I Maksymilian pisał dziesiątki razy, pomagając nieznającym języka Goethego, nie każąc sobie płacić ani papierosami, ani chlebem. - Właściwie to ojciec Maksymilian Maria Kolbe wśród zmagających się potęg świata wygrał wojnę! - mówił o nim Prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński, w bazylice Dwunastu Apostołów, w Rzymie, 18 października 1971 roku, nazajutrz po beatyfikacji franciszkanina. - Wtedy, gdy zmagały się potężne moce nie dające się ogarnąć ani powstrzymać, gdy do głosu doszła nienawiść, której nie można było przezwyciężyć większą jeszcze nienawiścią – bo zda się, że większej już być nie mogło! Pozostał jeden wybór: nienawiść przezwyciężyć większą jeszcze miłością. Taki właśnie środek zwycięstwa wybrał nasz rodak, ojciec Maksymilian Maria. W wojennych i obozowych doświadczeniach ojca Kolbego jest też akcent opolski. We wrześniu 1939 roku przyszły święty spędził dwie noce w obozie Lamsdorf, czyli w Łambinowicach. Pierwsze uwięzienie 48 osób – 36 braci z Niepokalanowa wśród nich św. Maksymiliana, 1 kleryka z Japonii i 11 świeckich, którzy w klasztorze znaleźli schronienie miało miejsce 19 września 1939 roku. (Japończyka po interwencji o. Maksymiliana zwolniono). Zatrzymanych przewieziono samochodami z Rawy Mazowieckiej do Częstochowy (ponieważ zatrzymano się w Alei Najświętszej Marii Panny zakonnicy mogli rzucić okiem na wieże Jasnej Góry). Stąd wagonem towarowym wieziono ich na stojąco na zachód – do Niemiec. Jak zapisał w podręcznym kalendarzyku jeden z braci, Maksymilian w pociągu tak mówił: - Drogie Dzieci. Jedziemy na misje i to tanim kosztem, by dusze pozyskać dla Boga przez Niepokalaną. Nie wiemy, dokąd nas wiozą. Oddajmy się Niepokalanej, niech ona nami kieruje według swojej woli. W normalnych warunkach trudno byłoby nam jechać w takiej grupie za granicę. Gdybyśmy sami chcieli jechać na misje do Niemiec, ileżby trzeba starań, formalności, paszportów, a w końcu na pewno by nam nie pozwolili. A tu taka gratka. Korzystajmy ze sposobności, żeby zrobić dużo dobrego (…), żeby pozyskać jak najwięcej dusz. 21 września o 6.15 rano pociąg wjechał do Opola, by kwadrans przed dziesiątą dotrzeć do Sowina. Stąd pieszo poprowadzono zakonników do Łambinowic. Reakcje podczas liczącej ponad 5 kilometrów drogi wzbudzali różne. 9-letnia dziewczynka na chwilę dołączyła do franciszkanów, by jednemu z nich, bratu Melchiorowi, wepchnąć do ręki swoje szkolne kanapki i ciastka. A przecież nie mogła wiedzieć, że właśnie Melchior zemdlał w drodze wyczerpany. Dla kontrastu, kilku chłopców obrzuciło ich kamieniami, pokrzykując na zakonników po niemiecku „polskie klechy”. W Lamsdorf franciszkanów dołączono do namiotu (na 200 osób), w którym przetrzymywano także Żydów. Więźniom rozdano po kocu na dwie osoby i po ręczniku na trzech. Maksymilian też miał coś do rozdania. Jeńcom z kampanii wrześniowej ofiarował wydobyte z kieszeni medaliki z Matką Bożą, każdego uprzejmie pytając, czy przyjmie medalik i czy pozwoli się zakonnikowi modlić za siebie. Podobnie zwracał się do niemieckich oficerów obozowych: - Myśmy tu przyjechali na misje, proszę przyjąć ten medalik. Nie zdarzyło się podobno, aby któryś odmówił. - Spacerowałem z o. Maksymilianem wokół namiotu – relacjonował po latach Jerzy Cieślak – i wówczas wyspowiadałem się i otrzymałem błogosławieństwo. Dziś myślę, że właśnie dlatego przeżyłem szczęśliwie wojnę i omijają mnie choroby. Franciszkanie tylko dwie noce spędzili w tym lagrze, a ja z niektórymi jeńcami z mego namiotu uczestniczyłem dwa razy w ich wieczornych modlitwach. Bo w podroży czy w obozie franciszkanie się modlili. To była ich forma głoszenia Ewangelii. Przed obozowym apelem odmawiali w ciszy poranne modlitwy i korzystali z komunii duchowej (przed apelem był zakaz śpiewania). W południe odmawiali „Anioł Pański” i robili szczegółowy rachunek sumienia. Wieczorem przez pół godziny odmawiali nakazane modlitwy i po ogólnym rachunku sumienia śpiewali pieśni o Matce Bożej, a na koniec „Wszystkie nasze dzienne sprawy”. 23 września pociąg z Łambinowic ruszył w stronę obozu Amtitz. W okolicy Opola franciszkanie odprawili w wagonie cotygodniową spowiedź. Końcowa część życia św. Maksymiliana związana z wojną, jego uwięzieniem i śmiercią nie powinna nam przesłaniać faktu, że wezwanie „Idźcie i głoście” realizował on wcześniej przez wiele lat, przede wszystkim w polskim i w japońskim Niepokalanowie. Symbolem i wizytówką tego miejsca stało się czasopismo „Rycerz Niepokalanej”. Zaczął je wydawać w 1922 roku w Krakowie, potem w Grodnie, w nakładzie raptem 10 tys. sztuk. W 1927 na terenie otrzymanym od księcia Druckiego-Lubeckiego zakłada Niepokalanów. Krótko przed wybuchem wojny przebywało tu ponad 700 ojców, braci, kleryków i uczniów. Był to największy klasztor na świecie. Obok „Rycerza Niepokalanej” (jego szczytowy nakład znacznie przekraczał 750 tysięcy - tysiąc gazet na jednego brata) franciszkanie wydawali też „Mały Dziennik” (wydanie niedzielne – 225 tys.). U szczytu Niepokalanów drukował rocznie 60 mln czasopism! Działały tu radiostacja, elektrownia, straż pożarna, warsztaty naprawcze. Maksymilian planował zbudowanie lotniska, by usprawnić kolportaż. Zaczął szkolić braci na pilotów. Pierwszy program telewizyjny zobaczył w 1938 r., na wystawie w Berlinie. Bardzo mu się ten wynalazek spodobał i myślał o stworzeniu telewizji katolickiej. Jakie było źródło tego sukcesu? Patrząc po ludzku, fantastyczna organizacja pracy i tania siła robocza (braciom zakonnym nie trzeba było płacić). Patrząc po Bożemu – ubóstwo i prostota życia oraz całkowite zaufanie do Matki Bożej. Każdemu z braci za cały majątek musiało wystarczyć miejsce do spania. Kapłani (było ich w Niepokalanowie zaledwie kilku) mieli wprawdzie osobne małe cele, ale ich wyposażenie nie wychodziło poza łóżko, prosty stół i zydel. Maksymilian też nie miał więcej. Może dlatego mógł tyle wymagać, że bracia widzieli, że ich przełożony kręci korbą maszyny drukarskiej i nosi paczki wydrukowanych gazet jak oni. Prostego mieszkania bez wygód i ogrzewania dopełniało równie proste jedzenie. Miarą zaufania Maksymiliana do Matki Bożej niech będzie jego rozmowa z jednym z braci, którego zamierzał uczynić zastępcą, jadąc na misje do Japonii. Wybrany opierał się mocno. Wiedział, że przyjdzie mu zarządzać nie tylko globalna akcją misyjną, ale i wartą miliony złotych fabryką. - Bracie drogi - przekonywał go przełożony. - Jakie to ma znaczenie, czy dokumenty będziesz podpisywał ty czy ja? Przecież tym wszystkim i tak zarządza Niepokalana. A Kolbe snuł wizję: Gdyby „Rycerza” tłumaczyć na angielski, francuski i na hiszpański, można by zdobyć dla Niepokalanej cały świat. Nie cały. I dlatego w 1930 roku Maksymilian wyjeżdża na misje. Marzy mu się „Rycerz Niepokalanej” po chińsku i to w odmianie językowej dla prostego ludu, chciałoby się powiedzieć gwarą. - Mandarino (chiński kulturalny, urzędniczy) zostawiamy jezuitom – mawiał. Ostatecznie dociera do Nagasaki. Planuje wydawać „Rycerza Niepokalnej” po japońsku i po chińsku (egzemplarze tego drugiego przewozić do klasztoru w Szanghaju). Na jego założenie władze się jednak nie zgodzą. W Nagasaki biskup przystał bez entuzjazmu na wydawanie „Rycerza”. W zamian o. Kolbe przyjął posadę wykładowcy filozofii i teologii w seminarium (nie znał japońskiego, ale wykłady odbywały się po łacinie). Biskup wyznał później, że zgodził się, bo był pewny, że w zamkniętej dla cudzoziemców Japonii obcy misjonarz i tak nie zdoła wydać miesięcznika, a jeśli nawet mu się to jakimś cudem uda, brak znajomości religii katolickiej sprawi, że pismo upadnie. A wykładowca z podwójnym rzymskim doktoratem zostanie – chciałoby się dodać. Jakże się mylił. Kolbe w 1936 – wezwany przez przełożonych – wyjeżdża do Polski (chciał w Japonii umrzeć, ale skoro go wzywają, znaczy tak chce Niepokalana). „Seibo-no kishi”, czyli japoński „Rycerz Niepokalanej” ma wówczas 65 tysięcy nakładu. Ukazuje się do dziś. Dlaczego znów się udało? Bo Kolbe w japońskim Niepokalanowie działał według metod wypracowanych w polskim. W klasztorze od początku panowały spartańskie warunki. Bracia spali na budowie, nawet w zimie. Maksymilian wybierał na misję tych, którzy znali się na stolarce i budownictwie, żeby mogli własnymi rękami postawić klasztor. - Tylko łagodność, z którą nas traktował pozwalała znosić trudne warunki życia, marne wyżywienie i klimat – mówił po latach brat Eligiusz. Władze zaproponowały franciszkanom działkę w centrum miasta. Kolbe poprosił o czas do namysłu i wybrał znacznie gorszy teren – za miastem i za wzgórzem. - Niepokalana mu podpowiedziała – komentowali z rezygnacją bracia, ale posłusznie poszli za przełożonym. Kiedy na Nagasaki spadła bomba atomowa, centrum miasta przestało istnieć. W klasztorze franciszkanów za wzgórzem raptem wyleciały szyby. - Nie przyjechaliśmy do Japonii, żeby kogokolwiek uczyć, ale po to, żebyśmy się sami czegoś nauczyli – przypominał braciom. - Przyciągał nie tylko seminarzystów, również niewierzących, mnichów buddyjskich i naukowców – wspominał brat Sergiusz. - Imponował Japończykom spokojem i łatwością nawiązywania kontaktów. I to bardzo, skoro oficer policji, który miał przyglądać się braciom jako szpieg kontrolujący cudzoziemców, wyznał ojcu, kim jest i poprosił o chrzest. Warto pamiętać, że stowarzyszenie dla świeckich pod nazwą Rycerstwo Niepokalanej Kolbe założył jeszcze na studiach w Rzymie, w 1917 – rok przed święceniami. W statucie napisał, że jego celem jest staranie się o nawrócenie grzeszników, heretyków i schizmatyków oraz uświęcenie wszystkich pod opieką Maryi Niepokalanej. Najbardziej zależało mu na nawróceniu masonów. O masonerii było wtedy głośno. Obchodziła dwustulecie istnienia. Uroczystości odbywały się także w Rzymie. Kolbe był świadkiem wielkiej demonstracji pod znakiem szatana. Jej uczestnicy nieśli czarny sztandar, na którym Lucyfer przyciskał szponami do ziemi archanioła Michała. - Rycerz Niepokalanej, milicja, walka: wojowniczo brzmią te słowa – pi-sał – bo i oznaczają wojnę. Nie walkę przy pomocy karabinów, kulomiotów, armat, samolotów, trujących gazów, ale walkę prawdziwą. Jakaż jej taktyka? Przede wszystkim modlitwa. I odwaga – dodajmy. Maksymilian dotarł przed oblicze mistrza masonerii i ofiarował mu – a jakże -medalik Niepokalanej. Jeszcze raz – już ostatni – cofnijmy się w czasie i przenieśmy się do rodzinnego domu Maksymiliana, a wtedy właściwie Rajmunda Kolbego. Po kolejnej kłótni z braćmi – Franciszkiem i Józefem - zatroskana mama pytała: „Chłopcy, co z was wyrośnie?” Rajmund poszedł do kościoła w Pabianicach i przed figurą Madonny zadał to samo pytanie: „Co ze mnie wyrośnie?” - Wtedy Matka Boża pokazała mi się – wspominał po latach – trzymając w rękach dwie korony. Spytała, czy chcę tych koron. Biała oznacza, że wytrwam w czystości, czerwona, że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę dwie. Jeden z biografów świętego uważa, że ta scena dopełni się wiele lat później. Najpierw, gdy w 1971 zostanie on beatyfikowany jako wyznawca – w białych szatach liturgicznych, po raz drugi 10 października 1982, gdy w Rzymie Jan Paweł II kanonizuje go jako męczennika – w czerwieni.