Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Download Joomla Templates by NewJackets

Konferencja I

Opublikowano: czwartek, 08 sierpień 2019

PIĄTEK, 16.08.2019 r.
KONFERENCJA I

„Per aspera ad astra.” Otwarcie na Tajemnicę Krzyża. „Musicie od siebie wymagać!” W każdy piątek wpisana jest tajemnica krzyża Chrystusowego. Krzyża, który stał się „wizytówką chrześcijaństwa”, bo na nim objawiło się to, co jest podstawą duchowości chrześcijańskiej – Miłość – Jezus Chrystus. Jak pogodzić cierpienie z miłością? Jak odnaleźć Boga w swoim cierpieniu, wswoim krzyżu? Gdzie szukać odpowiedzi na dramat cierpienia, które przeplata życie każdego z nas? Może ktoś szukałby odpowiedzi w Księdze Hioba, opisującej historię człowieka, który chyba jak nikt doświadczył w swoim życiu cierpienia. Próżno jednak w tej Księdze szukać odpowiedzi na pytanie o sens cierpienia. Nie pada tam odpowiedź, tam jej nie ma. Jest za to opisany obraz postawy, jaką człowiek może przyjąć wobec cierpienia. Jeśli staję przed czymś, co mnie przerasta, czegoś nie rozumiem, to możliwości są dwie: albo się zbuntuję, bo mnie to przerasta i nie rozumiem, albo zaufam, bo nie rozumiem i muszę zaufać. I to jest odpowiedź, jaką Bóg daje Hiobowi, kiedy pyta: „Zaufasz mi?”. Daje taką odpowiedź, ponieważ jest większy od Hioba, wie co robi, bo świat wcale się Bogu nie wymknął z rąk. Czy człowiek mógłby poukładać świat lepiej niż Bóg? Ale to wciąż jeszcze nie jest odpowiedź na pytanie: skąd krzyż, po co i dlaczego? Problem polega na tym, że nie ma odpowiedzi na to pytanie… Jedyną odpowiedzią jest Jezus Chrystus. Chrystus, który przyjmuje krzyż, idzie na Golgotę, cierpi i umiera. Odpowiedź na cierpienie jest tylko w Jezusie Chrystusie, który grzechu nie miał, a za grzechy umierał. Nie istnieje więc teoretyczna odpowiedź na pytanie: dlaczego cierpienie? Dlaczego ty cierpisz, a nie twój sąsiad… Każdy w życiu ma swoje cierpienia. Niektóre cierpienie widać na zewnątrz, widać bardzo wyraźnie, ale są też takie, które są ukryte gdzieś w nas. O których wiemy często tylko my i Bóg. 78 Co nas może przeprowadzić przez doświadczenie cierpienia? Otwartość na tajemnicę Krzyża (jakkolwiek to brzmi), ale nie takiego krzyża, który rani, który zabija, który jest szubienicą zwiastującą tragiczny koniec. Otwarcie na tajemnicę Krzyża chwalebnego. Jako chrześcijanie możemy wejść w doświadczenie krzyża, który nie zabija, ale przeprowadza do życia. Dzieje się tak wówczas, kiedy coś mnie w życiu bardzo konkretnie krzyżuje, ale wiem, że na odwrocie tego krzyża wisi ze mną Jezus. Wówczas cierpienie staje się miejscem, gdzie się z Nim spotykam. W moim cierpieniu Bóg zajmuje konkretne miejsce. Jeżeli taka perspektywa cierpienia choć trochę nie daje mi spokoju, to nic mi nie da spokoju. W sytuacji cierpienia, które przetrąca mi życie, przyciska „na amen”, sposobem jakiegoś wyjścia może być spotkanie z Jezusem w Jego krzyżu. Tak więc cierpienie może kogoś zabić, zamknąć na Boga, ale może też otworzyć. Podobnie jak z grzechem. Grzech może – paradoksalnie - stać się dla mnie drogą do Boga, tak jak stał się tajemniczą drogą do Niego dla kobiety pochwyconej na cudzołóstwie (zob. J 8, 1-11). W spotkaniu z Jezusem, który jest i Drogą, i Prawdą, i Życiem (a dla niej także jedynym ocaleniem!) odkryła, jak śmiercionośnym bezdrożem jest grzech. Ale bez Jezusa, grzech jedynie od Boga oddala, na Boga zamyka. Wtedy nie dojdzie do spotkania z Nim. Tak, jak nie doszło do spotkania Chrystusa z mężczyzną, z którym wspomniana kobieta dopuściła się cudzołóstwa – Ewangelia dramatycznie milczy o tym człowieku. Dla niego Ewangelia się nie wydarzyła - Dobra Nowina o przebaczeniu nie dotarła do niego bo… uciekł. Mogę zatem ze swoim cierpieniem do Boga przyjść, albo od Boga uciec, wierząc w to, co wmawia mi szatan, że stwórcą cierpienia we mnie jest Bóg, że to On zsyła cierpienie. A może nawet jest to forma Jego kary za moje grzechy? To kłamstwo! Hiob, pomimo swojego cierpienia rozumie, że Bóg nie jest taki, że to bzdura: uważać Boga za kogoś, kto w taki sposób każe nas za popełnione grzechy, zwalając na nas cierpienia. Nie istnieje taki Bóg, który napawałby się widokiem ludzkiego cierpienia. Takiego Boga nie ma! Przecież w Jezusie Chrystusie On sam jest pierwszym cierpiącym. Czy można zatem powiedzieć, że Bóg Ojciec nie cierpiał i patrzył spokojnie na to, co się działo z cierpiącym Jezusem? Najpierw w Ogrójcu, potem u Kajfasza i u Piłata, i na Golgocie. Na to pytanie starał się odpowiedzieć kiedyś bp Grzegorz Ryś, stawiając inne pytanie: „Czy jesteście 79 w stanie powiedzieć, że Bóg Ojciec nie cierpi? To całe zło, które uderzyło w Jezusa, najpierw uderza w Ojca, bo Bóg nie stworzył zła. Bóg stworzył świat dobry. Bóg stworzył człowieka, który jest bardzo dobry! I każde zło, które się w świecie pojawia, jakiekolwiek zło, dotyka najpierw Boga, który jest stwórcą dobrego świata. Każde zło jest najpierw policzkiem wymierzonym Bogu Ojcu. Bóg nie stworzył zła!Bóg nie jest autorem zła! Bóg nie jest zabójcą! Bóg nie stworzył śmierci. I wszystko to, co mnie dotyka, jako mój krzyż, jako cierpienie najpierw Bóg przyjmuje w siebie. To Jego najpierw boli, to Jego najpierw dotyka, to Jego najpierw obraża, to Jego najpierw znieważa. I sam Bóg mówi – objaśnia mi to – możesz to zamienić w doświadczenie miłości, możesz to zamienić w doświadczenie dobra, możesz to zamienić, tak jak Jezus, w wydarzenie odkupienia. Możesz odwrócić razem z Jezusem całą tę machinę zła, możesz jej zaprzeczyć razem z Jezusem. Możesz w Duchu Jezusa Chrystusa wyjść naprzeciwko własnego krzyża i go ucałować”. W „Dzienniczku” świętej siostry Faustyny jest genialny tekst: czytamy w nim, że kiedy siostra Faustyna cierpiała za innych, to te dusze potrafiły zostać oczyszczone i zbawione. Potrafiły! Czy życiu mogą pomóc pieniądze? Mogą. Czy uśmiech może pomóc? No, może. Czy przytulenie może pomóc? No, może. A czy znajomości mogą pomóc? Bardzo mogą pomóc. A cierpienie…? Cierpienie też może pomóc! Chrystus nie zbawił świata w Kanie Galilejskiej, nie zbawił świata rozmnażając chleb, nie zbawił świata wtedy, kiedy głosił słowo, zbawił wtedy, kiedy nic nie zrobił, to znaczy wtedy kiedy cierpiał: nie ruszał rękoma, nie ruszał nogami, nie mówił kazań i wtedy, kiedy po ludzku wydawało się, że nic nie zrobił, zrobił najwięcej. Jego cierpienie bardzo pomogło światu. Po śmierci się dowiemy, co tak naprawdę najwięcej nam i drugim przez nas pomogło. Chrystus mówi, że to przez mękę i śmierć świat odkupić raczył… Krzyż nie musi być dobry. Krzyż wręcz nie jest dobry. Nie ma czegoś takiego, jak dobre cierpienie samo w sobie. W Ewangelii mamy trzech ukrzyżowanych. Wszyscy na takim samym krzyżu. Jeden to Pan Jezus, drugi: dobry łotr, trzeci to zły łotr. Czy tego złego zbawiło cierpienie? Nie. Wręcz go doprowadziło do bluźnierstwa. Cierpienie samo w sobie nie jest dobre ani złe. Po prostu jest. Po prostu jest! Jest ciężkie. Kiedy św. Helena odnalazła trzy krzyże z Golgoty w Ziemi Świętej (to był najprawdopodobniej 325-326 rok) to jest to przepiękna historia, gdy okazuje się, że dzięki uzdrowieniu chorego przez dotknięcie jednego krzyża, rozpoznała, który krzyż jest Pana Jezusa. Co zrobiła z dwoma pozostałymi krzyżami? Wyrzuciła do dołu, w którym je znalazła. No bo po co komu takie krzyże bez Jezusa i mocy Jego miłości? Zostawiła tylko ten krzyż, na którym objawiła się miłość silniejsza od śmierci, piekła i szatana. Jako chrześcijanie nie wyznajemy duchowości cierpienia, nie szukamy cierpienia na siłę i doskonale wiemy, że krzyż nie jest sam w sobie dobry. A kiedy jest dobry? Wtedy, kiedy na krzyżu wołam do Boga. „Jezu. wspomnij na mnie, kiedy będziesz w raju. Wspomnij na mnie”. I okazuje się, że temu łotrowi, który całe życie grzeszył, to dzięki temu wołaniu na krzyżu do Pana, zostaje mu powiedziane słowo: „Dziś ze Mną będziesz w raju”. (Łk 23, 43) A więc na krzyżu, w cierpieniu, co trzeba zrobić? Trzeba zwracać się do Pana. Być blisko Pana. Wtedy dokonuje się przemienienie. Być blisko Boga w doświadczeniu męki. To może być szalenie trudne. Jak wszystko, co w perspektywie cierpienia zamierzylibyśmy zrobić. Pewnej 92-letniej, sparaliżowanej babci, odwiedzający ją ksiądz powiedział: „Wy to musicie strasznie cierpieć.” A ona na to: „Proszę księdza, ja to mało cierpię”… i pokazując ręką na krucyfiks, który jest naprzeciwko jej łóżka mówi: „Ale ten biedak… Ten to się strasznie wycierpiał… Ten to się wycierpiał…” Nie da się krzyża zrozumieć. Nawet nie ma co próbować. Można się buntować, albo można zaufać. Jak ktoś się buntuje, to nie potępiajmy od razu tego buntu. Może warto pozwolić sobie na taki słuszny bunt, bo jak mogę zrozumieć tajemnicę krzyża, misterium mojego cierpienia? Tak, jak się nie da wlać 4 litrów do litrowego naczynia, tak nie da się włożyć w intelektualne ramy cierpienia. Są więc tylko dwie sensowne możliwości: zaufać i kochać. Ojciec Krzysztof Grzywocz, jako wychowawca w seminarium duchownym, często mówił do kleryków, aby nie tłumaczyli ludziom cierpienia. „Jak zdarzy się jakiś wypadek – jedź. Odmów różaniec. Zapytaj się czy nie zrobić zakupów. Przytul. Ludzi cierpiących trzeba kochać, a nie tłumaczyć im. Intelektem się nie rozwiąże cierpienia, ale miłością…” Niezależnie od tego jak bardzo cierpimy – wciąż jesteśmy kochani przez Boga! „Tyś mój syn umiłowany”. Bóg Ojciec mówi to do swojego Syna na Górze Tabor (zob. Mt 17, 5), żeby pamiętał o tym, gdy będzie na Golgocie. I podobnie my musimy okazywać miłość wobec ciepiących, to możemy zrobić wobec naszych rodziców, bliskich, schorowanych dziadków, wobec ludzi cierpiących: okazać im miłość, bo zrozumienia im nie okażemy. Szalenie ważne jest też, aby w tym wszystkim pokochać siebie, pokochać siebie w swoim cierpieniu, odnieść tę miłość do siebie. Chrystus, który słyszy, że jest umiłowany, mocą wiary w to, że jest umiłowany przez Ojca, chociaż na krzyżu powie: „Boże mój, czemuś mnie opuścił” (Mt 27, 46), to za chwilę doda: „Ojcze, w Twoje ręce oddaję ducha mego” (Łk 23, 46). Może tak powiedzieć, bo wie, że jest ukochany przez Niego. Powtarzajmy sobie często, że Bóg do nas mówi: „Jesteś kochany! Jesteś kochany!” To, że cierpisz, to nie znaczy, że Bóg cię nie kocha, to nie znaczy, że jesteś odrzucony, to nie znaczy, że jesteś gorszy, to nie znaczy, że nie jesteś Jego dzieckiem. To nie znaczy, że jesteś skazany nie wiadomo na co. Pamiętaj zawsze, że jesteś kochany! Jesteś kochany! Bo tylko siłą miłości można przenieść krzyż, nie tylko na Golgotę, ale aż po Poranek Wielkanocny.