Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Download Joomla Templates by NewJackets

Konferencja II

Opublikowano: czwartek, 02, sierpień 2018

CZWARTEK, 16.08.2018 r.
KONFERENCJA II
Odpowiedzialność za „tę ziemię” – 100 rocznica odzyskania niepodległości.

(Ta konferencja jest dwugłosem historyczno-religijnym. W części pierwszej ukazany jest historyczny kontekst odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r., widziany przez pryzmat ludzi, którzy byli aktywnymi współtwórcami tego faktu. Część druga jest spojrzeniem z perspektywy wiary na odpowiedzialność, wynikającą z IV przykazania Dekalogu, za wartości takie jak Ojczyzna, patriotyzm, dobro wspólne).
CZĘŚĆ I (Kontekst historyczny).

Piłsudski, Dmowski i inni, czyli ojcowie polskiej niepodległości. Niniejszy tekst przenosi nas nieco ponad sto lat wstecz, do czasów I wojny światowej, która dla Europy jest okrutną i straszliwą Wielką Wojną, która zaludni kontynent tysiącami kalek wracających z frontu i jeszcze liczniejszymi tysiącami sierot po tych ojcach, którzy z frontów owej wojny nie wrócili. Dla Polaków ma ona jeszcze jeden wymiar – jest wymodloną przez Mickiewicza w „Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” wojną powszechną o wolność ludów. W tej perspektywie tęsknoty za Niepodległą i walki o nią spróbujmy przez chwilę popatrzeć na ważne postaci tamtego czasu i dziejące się wówczas wydarzenia. Dwóch pierwszych bohaterów owego tekstu zdaje się dzielić wszystko. Stanisław (Cat) Mackiewicz, wybitny polski publicysta polityczny podsumował ich kariery polityczne słowami, które przeszły do historii: Mieliśmy dwóch nie-romantyków w polityce, którzy przerwali przeszło stuletni romantyzm orientacji naszego kraju, tj. Dmowskiego i Piłsudskiego. Jeden (DMOWSKI), gdy wybuchła wojna 1914 roku, powiedział: trudno, trzeba iść z Rosją, drugi (PIŁSUDSKI): trudno, trzeba iść z Niemcami. Wybór przez nich takiej właśnie drogi o tyle był paradoksem, że Dmowski wcale nie był miłośnikiem Rosji. Ten poseł do Dumy w Petersburgu potrafił powiedzieć Rosjanom prosto w oczy: Wy jesteście Azjatami, a my, Polacy - Europejczykami. Może nawet nimi gardził. Ale po doświadczeniach Kulturkampfu nie miał złudzeń: Polacy są na tyle sprawni, że poradzą sobie z rosyjskością i z rusyfikacją. Z niemieckością i germanizacją - nie. Druga część tego samego paradoksu polega na tym, że Piłsudski i jego legiony stają po stronie Państw Centralnych, choć Piłsudski szczerze nie lubi Niemców. Drażni go ich poczucie wyższości. Ale jako polityk konsekwentnie utrzymuje, że największe zagrożenie pochodzi ze strony Rosji. Jest pod wrażeniem ludzkich możliwości i naturalnych zasobów tego kraju. Ma też świadomość, że ambicje polityczne Moskwy są bez dna. Dzieliło ich znacznie więcej. Według Piłsudskiego naród był wytworem historii, wspólnotą, którą łączyły te same wartości oraz lojalność, choć niekoniecznie ten sam język czy pochodzenie. Etniczna i kulturalna różnorodność narodu mogła być według niego źródłem jego siły i witalności – pisze w tekście „Dlaczego 11 Listopada” opolski historyk, dr Marek Białokur. - Dmowski traktował naród jako zjawisko naturalne. Wynik podziału ludzkości na odrębne byty, z których każdy posiadał właściwy sobie język, terytorium i historię. Dla Piłsudskiego niepodległość była pierwszym i zasadniczym warunkiem wszelkiej celowej działalności politycznej. Twierdził on, że działalność społeczna, kulturalna, i ekonomiczna może przynieść owoce dopiero po odzyskaniu niepodległości. Dla Dmowskiego niepodległość była raczej ostatecznym celem niż natychmiastową koniecznością. Naród nie był w jego ocenie godny niepodległości, dopóki jego zasoby materialne i świadomość duchowa nie osiągną odpowiedniego poziomu. Piłsudski jako polityk nie interesował się zagadnieniami społecznymi i ekonomicznymi, koncentrując całą uwagę na zagadnieniach wojskowych oraz kwestii bezpieczeństwa państwa. Dmowski sformułował lub współtworzył szeroki program w sferze społecznej, ekonomicznej i gospodarczej. Uważał, iż bez zwrócenia uwagi na wszystkie płaszczyzny przebudowy państwa i narodu polityka sprowadzała się do bezsensownych machinacji – kontynuuje dr Białokur. Wzorem dla Piłsudskiego była Rzeczpospolita Obojga Narodów i tzw. koncepcja jagiellońska Polski rozumianej jako mnogoludna i mnogoziemna Rzeczpospolita. Dmowski z kolei z nostalgią spoglądał na Polskę Piastów. Najbardziej świetlanymi bohaterami byli dla niego polscy rycerze, którzy zadali druzgocący cios Zakonowi Krzyżackiemu pod Grunwaldem w 1410 roku. Stawiał za cel sobie i swojemu ruchowi odzyskanie ziem zachodnich i połączenie ich z ziemiami innych zaborów.
Piłsudski nie był człowiekiem silnych uczuć religijnych. Polskość nie miała według niego wiele wspólnego z przekonaniami religijnymi, była jednak otwarta dla wyznawców różnych religii. Dmowski uważał katolicyzm za religię narodową i jej podstawowy atrybut tożsamości z łacińską Europą. Polak w jego rozumieniu Polak, który nie wyznaje wartości katolickich jako uniwersalnych jest wewnętrznie sprzeczny (pisał o tym w tomie „Kościół – Naród – Państwo”). Przez całe życie byli politycznymi przeciwnikami. Nie szczędzili sobie twardych słów. Znawca i miłośnik polskiej historii Norman Davies pisze: Piłsudski uważał Dmowskiego nie za źródło chrześcijańskiego miłosierdzia, lecz nienawiści, i za siewcę niezgody, Dmowski zaś zaliczał Piłsudskiego do zdrajców kultury polskiej, uważał go za oportunistę bez zasad i przywiązania do tradycji. A mimo to jeden raz - kiedy Polska najpierw odzyskuje niepodległość, jesienią 1918 roku, a potem tworzy i umacnia granice - drogą dyplomatyczną podczas Konferencji Paryskiej w roku 1919 - obaj ojcowie niepodległości są razem. To naprawdę nie było oczywiste. Chociaż odzyskanie niepodległości przez Polskę w listopadzie 1918 roku miało wielu ojców, kojarzymy je dziś przede wszystkim z Józefem Piłsudskim. Akcent trzeba tu postawić na „dziś”. Gdybyśmy się przenieśli o blisko sto lat wstecz i znaleźli się w Warszawie, to zobaczylibyśmy nie tylko w listopadzie, ale i w grudniu 1918 roku przechodzące przez miasto demonstracje przeciwko Piłsudskiemu, a za Romanem Dmowskim lub za działaczami rewolucyjnymi przeciw Dmowskiemu i Narodowej Demokracji. I to nie tylko kilkusetosobowe, ale wielotysięczne. W Polsce podzielonej między trzy państwa zaborcze dla części jej mieszkańców Piłsudski był autorytetem, ale dla innych wcale nie. A jednak niepodległość ma dzisiaj dla nas twarz Marszałka. Przede wszystkim dlatego, że rozpad państw zaborczych był efektem I wojny światowej. Piłsudski, noszący mundur, uczestnik walk, miał naturalną przewagę nad politykami, którzy też działali w czasie wojny na rzecz sprawy polskiej równie aktywnie, konsekwentnie i skutecznie, ale robili to w elegancko skrojonych garniturach. Ani Roman Dmowski, ani Wojciech Korfanty, Ignacy Daszyński, Ignacy Jan Paderewski ani Wincenty Witos nie byli żołnierzami. Wszyscy mieli zasługi dla Polski. Ale właśnie marszałka wyróżniał „szary strzelca strój” i to bardzo mu pomogło. Przeciwnicy marszałka dawniej i dziś podkreślają, że jego legiony wielkiej roli w dziejach wojny wcale nie odegrały. Legioniści po kryzysie przysięgowym (przypomnijmy, w lipcu 1917 roku, odmówili oni złożenia przysięgi na wierność cesarzowi Niemiec) wylądowali internowani w obozach w Beniaminowie lub w Szczypiornie, a ich wódz znalazł się w więzieniu w Magdeburgu. Marszałek zdecydował się po trzech latach współpracy z Austriakami i Niemcami odwrócić sojusze i zagrał va banque. Zamiast na rok do więzienia – w stosunkowo dobrych warunkach – w Magdeburgu, mógł trafić pod ścianę. Ryzykował dużo, ale to się w efekcie opłaciło Polsce. Dowodem było to, co stało się 10 listopada 1918 roku, gdy wojna się kończyła - Niemcy sami przywieźli go z Magdeburga do Polski. W Warszawie na peronie czekali na niego wiernie mu oddani działacze Polskiej Organizacji Wojskowej, przekonani, że wraca przede wszystkim do nich. Po drugiej stronie peronu stał skromnie książę Zdzisław Lubomirski, jeden z trzech członków Rady Regencyjnej (powołanej przez niemieckich i austriackich okupantów). Mądrość Piłsudskiego polegała na tym, że przywitał się ze swoimi współpracownikami, ale na śniadanie pojechał z księciem Lubomirskim. Rozumiał dobrze, że jeśli chce rządzić w Polsce, nie może się opierać wyłącznie na tych, którzy są mu wiernie oddani. Musi pozyskać środowiska, które postrzegają go źle. I dlatego spotyka się z księciem, którego żona pisze w tym samym czasie w pamiętnikach o Piłsudskim, że to czerwony polityk, który podpali kraj. Dlaczego było to możliwe? Bo obaj panowie mają świadomość, że w interesie Polski jest ich porozumienie. Efekt tego spotkania był taki, że już 11 listopada Rada Regencyjna zrzekła się częściowo swojej władzy na rzecz marszałka, a trzy dni później oddała mu całkowicie władzę cywilną i wojskową. Marszałek potrafił się dogadać z konserwatystami, a oni rozumieli, że nastroje społeczne w Polsce się radykalizują. Ewentualną rewolucję tylko Józef Piłsudski może uspokoić, bo zna język robotników i jest przez nich postrzegany jako działacz lewicowy, a nawet rewolucyjny. Piłsudski i Dmowski u progu niepodległości się nie spotkali. Ten pierwszy przebywa w Warszawie, ten drugi za granicą, głównie w Waszyngtonie. Emisariusz Dmowskiego, Stanisław Grabski (ten sam, który w wolnej Polsce przejdzie do historii jako premier rządu i ojciec reformy gospodarczej i silnej złotówki) przywiózł Marszałkowi list i deklarację współpracy. Z powrotem zawozi Dmowskiemu do Paryża list Piłsudskiego zaczynający się ciepło, od słów: Drogi Panie Romanie. Skąd ta zmiana tonu? Ci dwaj ludzie mający potężny wpływ na rząd dusz Polaków wiedzą, że w momencie, kiedy Polska się odbudowuje, granica wschodnia jest jedną wielką niewiadomą, w Wielkopolsce tli się powstanie, trzeba się pogodzić. Dmowski rozumie, że jest potrzebny ktoś taki jak Piłsudski, żeby pacyfikować nastroje radykalne. Trzeba to robić, skoro w Niemczech trwa rewolucja, a w Rosji toczy się właśnie wojna domowa bolszewików z białymi. Przyznaje, że on sam jako polityk zachowawczy i narodowy posłuchu w masach robotniczych nie ma. Piłsudski też patrzy realistycznie i wie, że na Zachodzie jego własne nazwisko jest słabą kartą i za wiele dla Polski wywalczyć nie może. Postacią znaną i szanowaną w Europie jest Roman Dmowski. I to on może i powinien być jedną z polskich twarzy w Paryżu. Trzeba pamiętać, istnienie Polski po ponad stu latach nieobecności na mapie, kiedy kończyła się I wojna światowa, wcale nie było oczywiste. Najlepszy dowód, że uznanie istnienia Polski przez czołowe kraje Europy nastąpiło dopiero wiosną 1919 roku. Zresztą jako pierwsze – mało kto dziś o tym pamięta - uznały niepodległość Polski… Niemcy. Dmowski jako negocjator, głos i twarz Polski był potrzebny i się sprawdził. Piłsudski to doceniał. Zresztą przy wszystkich różnicach obaj zgadzali się co do tego, że Polska powinna być wielka, musi być silna. Bo tylko taka może się przeciwstawić dwóm sąsiadom, którzy tylko czekają, by znów ją z mapy usunąć. Wizje wielkiej Polski ci politycy mają różne. Dmowski uważa, że będziemy silni, kiedy będziemy zwarci. Uważa, że lepiej nie mieć mniejszości narodowych i takich terenów, na których Polacy stanowią 20 procent obywateli. Bo takie tereny w chwili próby pierwsze od Polski odpadną. Piłsudski inaczej - mówił, że wielki jest ten, kto ma sojuszników. Popierał i wzmacniał mniejszości. Wyobrażał sobie, że ramię w ramię z Polską wystąpią razem Litwa i Ukraina. I pomylił się, bo Litwini nie chcieli z nami współpracować (budziły się ich własne ambicje niepodległościowe, a litewską świadomość regionalną zastępowała tożsamość narodowa), a niepodległa Ukraina wbrew nadziejom i Marszałka i Rusinów nie powstała. Dmowski nie stawiał na Rosję, raczej prezentował opcję antyniemiecką. Piłsudski wykorzystał Austrię, na ile się dało, bo bliższa mu była opcja antyrosyjska. Obaj uważali Niemcy i Rosję za największe zagrożenie. Warto o obu myśleć bez upraszczających schematów. Jeśli weźmiemy do ręki „Myśli nowoczesnego Polaka” Dmowskiego, to znajdziemy tam wiele dobrych słów o Żydach, sporo szacunku dla narodu niemieckiego i jego osiągnięć i mnóstwo negatywnych epitetów pod adresem Rosji. Nie miał wobec niej złudzeń. Piłsudski z Dmowskim rywalizowali. Ale obaj wiedzieli, że rywalizacja jest możliwa tylko w państwie, które przetrwa. Wśród ojców polskiej niepodległości - obok Piłsudskiego i Dmowskiego - nie sposób pominąć IGNACEGO PADEREWSKIEGO. To był człowiek o niezwykle szerokich horyzontach, który potrafił się doskonale wypromować. Jeśli dziś najlepszym ambasadorem Polski w świecie, postacią powszechnie znaną i rozpoznawaną jest Robert Lewandowski, to Paderewski był – zachowując wszystkie proporcje jako wybitny pianista i wirtuoz – Lewandowskim swoich czasów. Jego popularność w krajach Europy Zachodniej i w USA była na przełomie XIX i XX wieku ogromna. Koncertował w salach na kilka tysięcy osób. Kobiety zabiegały o pukiel jego włosów, autograf miał wartość bezcenną. Konstruktor George Pullman zaprojektował dla niego specjalny wagon-salonkę. Chcieli go znać przywódcy świata. A Paderewski potrafił to dla dobra Polski wykorzystać. Prezydent Stanów Zjednoczonych, Thomas Woodrow Wilson, który był profesorem, człowiekiem wysokiej kultury, często się z nim kontaktował. Pod wpływem tych rozmów w 1917 roku prezydent wygłosił orędzie do Senatu amerykańskiego i po raz pierwszy powiedział wprost, że państwo polskie powinno zostać odbudowane. Drugie bardziej znane orędzie – do Kongresu - miało miejsce w styczniu 1918 roku. Polska była jedynym państwem, któremu Wilson poświęcił osobny 13. punkt w tym przemówieniu. Opowiedział się za istnieniem Polski w granicach etnicznych z dostępem do morza. To był postulat, który poszedł w świat i został potwierdzony przez premierów Wielkiej Brytanii i Włoch. Paderewski reprezentował Polskę wraz z Romanem Dmowskim na konferencji w Paryżu, gdzie decydował się kształt powojennej Europy. Pan Ignacy nie uczestniczył w niej od początku. Przyjechał trochę później, ale już jako premier Rzeczypospolitej. Przypomnijmy, przybył on do Polski w grudniu 1918 roku. Przez Poznań, gdzie wybucha powstanie, dociera do Warszawy jako członek Komitetu Narodowego Polskiego. Piłsudski dwa tygodnie później dymisjonuje premiera, swojego człowieka, Jędrzeja Moraczewskiego i zastępuje go Paderewskim. Ten zbyt dużego doświadczenia politycznego nie miał, ale był kimś takim, komu każdy polityk chciał podać rękę i bardzo trudno mu było czegoś odmówić. Kiedy znajduje się w Paryżu, jest Prezesem Rady Ministrów i ministrem spraw zagranicznych, pianistą i celebrytą jednocześnie. Pod jego przewodnictwem polska delegacja zyskuje na konferencji w Paryżu bardzo wiele. Konferencja zaczynała się 18 stycznia 1919, w święto państwowe II Rzeszy Niemieckiej. Premier Francji wybrał tę datę specjalnie, by upokorzyć Niemcy po przegranej wojnie. Polska nie ma w tym momencie jeszcze uznania ani USA, ani Wielkiej Brytanii, ani Francji. Do maja 1919 roku udało się uzyskać obietnicę otrzymania części Śląska i przyłączenia Wielkopolski oraz części Pomorza z dostępem do Bałtyku. Potem ta karta zaczęła się odwracać, głównie z powodu Brytyjczyków, którzy wrócili do polityki równowagi w Europie, a to oznaczało ponowne wzmocnienie Niemiec (także kosztem Polski), by ograniczyć siłę Francji. Ale gdy 28 czerwca podpisywano traktat wersalski, były w nim zapisy, które przed rozpoczęciem konferencji bralibyśmy w ciemno. W Paryżu błyszczał także Dmowski. To był prawdopodobnie szczyt jego politycznej działalności. 29 stycznia, wywołany do głosu przez francuskiego premiera, Roman Dmowski przemawiał ponad pięć godzin, na przemian po angielsku i francusku, gdy przekonał się, że tłumacze wypaczają jego intencje. Nawet przeciwnicy Polski musieli uznać, że ma ona znakomitego przedstawiciela, który rzeczowo i logicznie potrafi bronić jej interesów, odwołując się do argumentów historycznych, gospodarczych i etnicznych. Tworzące się dopiero i niebogate państwo polskie odnosi sukces dyplomatyczny. Polska nie ma zbyt wiele pieniędzy, a było ich trzeba, bo delegacja liczyła – poza Paderewskim i Dmowskim – kilkadziesiąt osób personelu technicznego. Warto przypomnieć, że człowiekiem, który w dużej mierze utrzymywał tę delegację z własnych funduszy, był MAURYCY ZAMOJSKI, członek Komitetu Narodowego Polskiego, hrabia i ordynat na Zamościu. Ten sam, który w 1922 przegra wybory prezydenckie z Gabrielem Narutowiczem w ostatniej turze głosowania w Zgromadzeniu Narodowym. W 1919 za jego pieniądze organizowano bankiety, by przy stole przekonywać wpływowych ludzi do naszych racji. Rozumiano, że trzeba się pokazać, bo tak się robi skuteczną politykę i dyplomację. Trochę dziś o tym zapominamy. Skoro wspomnieliśmy z szacunkiem Maurycego Zamojskiego, tym bardziej na koniec - wśród ojców polskiej niepodległości - powinno się wymienić także WINCENTEGO WITOSA. Chłopa i premiera w jednej osobie. Co zresztą nie powinno dziwić w kraju, który był rolniczy. Ponad 65 procent obywateli II Rzeczypospolitej mieszkało na wsi. Stronnictwo Ludowe, potem przekształcone w PSL, było jedną z pierwszych partii powstałych na ziemiach polskich. Wincenty Witos był liderem grupy ludowców usytuowanych w Sejmie od centrum na prawo. W 1918 był jednym z twórców Polskiej Komisji Likwidacyjnej w Krakowie. Ale największą rolę przy powstawaniu państwa polskiego odegrał w lipcu i sierpniu 1920, kiedy Polsce przyszło bronić niepodległości w wojnie z bolszewikami. Pokazano to świetnie w niezbyt zresztą udanym filmie „Bitwa warszawska”. Piłsudski posyła swego adiutanta Wieniawę Długoszowskiego do Wierzchosławic. Marszałek wiedział, że Polskę przed bolszewikami może obronić polski chłop. Witos zostawia robotę przy młóceniu, jedzie do Warszawy i staje na czele rządu. Chłopi masowo zgłaszają się do wojska. Bez autorytetu Witosa pewnie byśmy w 1920 roku nie obronili kruchej niepodległości odzyskanej w 1918. Jakie z tego przesłanie na dziś? Gdy tak często po wszystkich stronach politycznego sporu podkreśla się to, co dzieli, warto mieć w pamięci tamte wydarzenia sprzed stu lat, kiedy Polska wybijała się na niepodległość i kiedy nawet wrogowie szukali bardziej tego, co łączy niż tego, co dzieli. Obyśmy te wspólne więzi odnaleźli.

CZĘŚĆ II (Kontekst religijny). Odpowiedzialność za Ojczyznę realizacją IV przykazania Dekalogu.

„JAM JEST PAN TWÓJ BÓG” W przykazaniu czwartym dekalogu, Bóg umieścił nakaz: „Czcij ojca swego i matkę swoją”. Przykazanie czwarte wykracza jednak w swym zakresie poza obowiązki należne tylko i wyłącznie naszym rodzicom: ojcu i matce. Nakazuje ponadto szacunek do innych rodzicieli, jakimi są: Kościół-Matka i Ojczyzna-Ojciec. Jednak nie zawsze tak je pojmujemy i nie zawsze należycie wprowadzamy w życie ten aspekt Bożego przykazania i naszej ludzkiej powinności wobec tych dwóch rzeczywistości stawianych tuż po obowiązkach względem naszych rodziców. KOŚCIÓŁ – MATKA? Na swej drodze Kościół ofiarował narodowi, wśród wielu darów, coś bardzo ważnego: dar jedności. Naród odwzajemnił mu się manifestowanym wielokrotnie przekonaniem, że wiara jest jego najwyższą duchową wartością. Czym byłby polski naród, gdyby nie jego Kościół, w którym się chronił, znajdował oparcie? Czym byłaby nasza ojczyzna, gdyby nie Chrystusowy krzyż, gdyby nie ewangeliczny siew, który czynił nas chrześcijanami? To są prawdy znane. Ludzie wiary idą z nimi przez życie. Dziś, Kościół polskiego narodu, który nieraz był cierniem próbowany, stanął pod pręgierzem. Czym Kościół zawinił? Czy swoją wierną i oddaną drogą z narodem? Czy tym, że stał się depozytariuszem wartości narodowych, kiedy państwa zabrakło lub było w opresji? Kościół jest znakiem, któremu sprzeciwiać się będą. Można przypuszczać, więcej, mieć pewność, że w naszych czasach, w polskiej rzeczywistości „zawinił”, bo mówi swoje zdecydowane: „nie” antychrześcijańskim ideologiom, które budują swoje przyczółki w ojczynie. Że głosi swoje odwieczne zasady moralne zapisane w Dekalogu i Chrystusowej Ewangelii. Stoi na straży życia – Bożego daru. Broni godności człowieka i rodziny. Jest stróżem tradycji, wierny drodze narodu. Że jest, że trwa, że wyrasta ponad horyzont naszych dni – dom zbudowany na skale, starodawny dąb wrośnięty w polską glebę, w jej historię, w jej duchowość. A równocześnie, jak Matka, czuły i wrażliwy, rozgrzeszający i karmiący Chlebem z Nieba. Ile trzeba mądrości wyrosłej z trudnych doświadczeń, ile pokory by dojrzeć do miłości do Kościoła-Matki, by do Niej wrócić, nawet po latach ucieczek i niewierności! Wtedy tak, jak o rodzonej matce śpiewał Wojciech Młynarski, tak o Kościele można wyznać sercem, że Nie ma jak u mamy ciepły piec cichy kąt! Nie ma jak u mamy kto nie wierzy robi błąd! Nie ma jak u mamy cichy kąt ciepły piec! Nie ma jak u mamy kto nie wierzy jego rzecz! OJCZYZNA – OJCIEC? Dzieje Polski, nie zaczęły się wczoraj. Polska wie, skąd przyszła i czego doświadczyła, szczególnie w ostatnim półwieczu. Polska nie potrzebuje ciągłych korepetycji, co ma czynić, aby być w Europie. Weszliśmy przecież do niej szlakiem wydeptanym przez świętych: Benedykta, Bonifacego, Bernarda i Jana od Krzyża. Ale i św. Wojciecha, Stanisława ze Szczepanowa, pierwszych polskich braci męczenników, świętych i błogosławionych w każdej epoce i róznych grupach społecznych. Ambasadorami euroejskości byli: pierwszy rodzimy kronikarz dziejów narodu bł. bp Wincenty Kadłubek i św. Jacek misjonarz – apostoł narodów. Zaprowadził nas ten szlak do Europy, która pracowała i modliła się, budowała klasztory i katedry, zakładała uniwersytety. Weszliśmy do niej z Chopinem i Pendereckim, z naszymi noblistami od Sienkiewicza aż do Szymborskiej; z całym cywilizacyjnym, kulturalnym i duchowym dorobkiem. Na frontach Europy walczyło 200 tysięcy polskich żołnierzy; 43 tysią-ce z nich poległo. Na wielu europejskich cmentarzach (w Italii, Holandii, Belgii, Norwegii i in.) spoczywają polscy żołnierze - słudzy wolności, obrońcy Europy, świadkowie stałej w niej obecności Polski. Juliusz Słowacki napisał: Szli krzycząc: „Polska! Polska” - wtem jednego razu Chcąc krzyczeć zapomnieli na ustach wyrazu; Pewni jednak, że Pan Bóg do synów się przyzna, Szli dalej krzycząc: „Boże! Ojczyzna! Ojczyzna!” Wtem Pan Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka, Spojrzał na te krzyczące i zapytał: „Jaka?” Kiedy więc usłyszymy: „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy”, zapytamy, jak zapytał Pan Bóg: „Jaka?” I miejmy świadomość, że od tej odpowiedzi zależeć będzie barwa, fundament oraz oblicze naszej polskiej ziemi.

EPILOG
Do naszego opolsko-jasnogórskiego wędrowania zaprosiliśmy Chrystusa. Prośmy Go zatem usilnie: „Panie, przymnóż nam wiary”. Na trudny i na radosny czas. Nasz wielki rodak, św. Jan Paweł II, mówił nam, abyśmy strzegli tego wielkiego depozytu wiary, jaką nam niosą przeszłe wieki, abyśmy nigdy nie zwątpili i nie znużyli się i nie zniechęcili (por. Kraków-Błonia, 10 czerwca 1979). Byśmy bronili krzyża. Bo jest on znakiem Polski, jej drogi, jej dziś i jej jutra. Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem Polska jest Polską, a Polak – Polakiem…[anonim XIX w.] W jednym ze swoich listów św. Paweł Apostoł mówi o potrzebie gotowości do podjęcia walki duchowej w obronie tego, co święte: Stańcie, więc do walki, przepasawszy biodra wasze prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość (Ef 6, 14). Nie jesteśmy w tej walce osamotnieni. Odczuwamy tchnienie Ducha Pańskiego, który wypełnia ziemię. Jest z nami w Sakramencie Ołtarza Ten, któremu zawierzyliśmy – Jezus Chrystus. Mamy oręż modlitwy, która skruszyła niejedną zbroję zła. Mamy Matkę, która nas zna i która z dziećmi swymi jest. Pielgrzymka, jak życie, jest świętym wędrowaniem. To także dni refleksji nad drogą narodu, nad jego trudnym „dziś” i niepewnym „jutrem”. Do Matki Pana, zwracamy się słowami starej, polskiej pieśni: Matko Najświętsza, do Serca Twego, Mieczem boleści wskroś przeszytego, Wołamy wszyscy z jękiem, ze łzami: Ucieczko grzesznych, módl się za nami. Prowadź nas, Matko, do Syna swojego, polskim drogami i dopomóż, aby Polska była semper fidelis – zawsze wierna, a my byśmy „stawali się jak ojce”, jak żołnierze na ordynansach u Chrystusa.