Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Download Joomla Templates by NewJackets

Konferencja I

Opublikowano: wtorek, 15, sierpień 2017

CZWARTEK, 17.08.2017 r.
KONFERENCJA I
Święty Brat Albert – misjonarz miłosierdzia.
Wprowadzenie

Pewnego wieczoru przykuśtykał beznogi włóczęga wsparty o ramiona pijaków, hulaków i bezdomnych zamiast spisu dobrych uczynków w zabrudzonej od farb dłoni trzymał kromkę chleba nikt o nic nie pytał razem powędrowali do bram świętości. Tak pisał o świętym Bracie Albercie Wiesław Śmigiel w wierszu: „Wielu przychodziło do Jezusa”. W roku poświęconym temu Świętemu, w związku z setną rocznicą jego śmierci, spróbujemy nieco uważniej przyjrzeć się niezwykłej postaci tego wielkiego człowieka, powstańca i inwalidy, malarza, jałmużnika i założyciela zgromadzeń zakonnych – a ostatecznie świętego. Uczynimy to nie tyle w oparciu o historyczne fakty z jego życia (choć i tych nie może zabraknąć), ile raczej damy się poprowadzić śladem wskazanym przez młodego wtedy kapłana, zafascynowanego postawą Brata Alberta, ks. Karola Wojtyły (dziś świętego papieża Jana Pawła II), który w latach 1945 – 1950 napisał dramat: „Brat naszego Boga”. We wstępie czytamy: Będzie to próba przeniknięcia człowieka. Sama postać jest ściśle historyczna. Niemniej pomiędzy samą postacią a próbą jej przeniknięcia przebiega pasmo dla historii niedostępne… Pierwiastek pozahistoryczny w nim tkwi, owszem, leży u źródeł jego człowieczeństwa. Z tego „pomieszania” historii i tego, czego ona nie jest w stanie uchwycić, spróbujemy się nauczyć od św. Brata Alberta wrażliwości na głębię własnego człowieczeństwa, by w prawdziwej wolności dobrze wypełnić to powołanie, które Pan Bóg w nas złożył. Ale będziemy też chcieli nauczyć się od świętego Patrona tego roku, wrażliwości na drugiego człowieka, zwłaszcza biednego i osamotnionego, czyli słowami papieża Franciszka tego, który żyje „na peryferiach.” Jako myśl przewodnia w tych staraniach niech brzmią nam w sercach słowa hymnu Jubileuszowego Roku Miłosierdzia: Misericordes sicut Pater! – byśmy byli miłosierni jak Ojciec. 1. Rzut oka na życie świętego Brata Alberta. Św. Brat Albert - Adam Bernard Hilary Chmielowski - urodził się 20 sierpnia 1845 r. w Igołomi koło Krakowa. Był najstarszym z trójki dzieci Wojciecha i Józefy. Jako osiemnastoletni student Szkoły Rolniczo-Leśnej w Puławach brał udział w powstaniu styczniowym. W przegranej bitwie pod Mełchowem został ranny, w wyniku czego amputowano mu nogę i już do końca życia, chodząc, stukał drewnianą protezą. Po wydostaniu się z niewoli, wyjechał do Francji. W 1864 r. rozpoczął studia malarskie w Paryżu. Po amnestii w 1865 r. przyjechał do Warszawy, gdzie również studiował malarstwo, które później kontynuował w Gandawie i w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium (1869-1874). Po powrocie do kraju w roku 1874 tworzył dzieła, w których coraz częściej pojawiała się tematyka religijna. Malarstwo Chmielowskiego charakteryzowało się prostotą środków, naturalnością i nastrojowością. Oprócz tematyki religijnej malował również realistyczne obrazy. W latach 80-tych XIX wieku powstał jego najsłynniejszy obraz „Ecce Homo” - „Oto człowiek”, przedstawiający Pana Jezusa stojącego przed Piłatem – w więzach, płaszczu purpurowym i cierniowej koronie. Jaśniejszy trójkątny fragment Ciała Chrystusa na obrazie przypomina Jego Wielkie Boskie Serce.Adam Chmielowski wstąpił do jezuitów, jednak po pół roku opuścił nowicjat i wyjechał na Podole do swojego brata Stanisława. Tam związał się z tercjarzami św. Franciszka i prowadził pracę apostolską wśród ludności wiejskiej. W 1884 r. wrócił do Krakowa, gdzie poświęcił się służbie bezdomnym i opuszczonym. W 1887 r., za zgodą Albina kard. Dunajewskiego przywdział habit, a rok później złożył śluby zakonne, przyjmując imię Albert i dając początek nowej rodzinie zakonnej. Założył zgromadzenia: Braci Albertynów (1888 r.) i Sióstr Albertynek (1891 r.), które oparte zostały na regule św. Franciszka z Asyżu. Brat Albert zajmował się biednymi i bezdomnymi. Ogrzewalnie miejskie dla bezdomnych przemieniał w przytuliska. Nie dysponując środkami materialnymi kwestował na utrzymanie ubogich. Oddając się z biegiem czasu coraz pełniej posłudze ubogim rezygnował stopniowo z malowania obrazów. Służbę na rzecz bezdomnych i nędzarzy uważał za formę kultu Męki Pańskiej. Zakładał domy dla sierot, kalek, starców i nieuleczalnie chorych. Pomagał bezrobotnym organizując dla nich pracę. Słynne są słowa Brata Alberta, że trzeba każdemu dać jeść, bezdomnemu miejsce, a nagiemu odzież. Bez dachu i kawałka chleba może on już tylko kraść albo żebrać dla utrzymania życia. Równie ważne są słowa, które w formacji kierował do swych współsióstr i współbraci: Człowiek musi być dobry jak chleb, który leży na stole i z którego każdy może wziąć tyle, ile potrzebuje. Trochę przyzwyczailiśmy się do brzmienia tych słów, dlatego warto zawsze kojarzyć je z faktem, że aby dzielić chleb, trzeba go połamać, że ten prosty symbol ofiarowanej miłości jednoznacznie mówi też o potrzebie ofiary i rezygnacji. Schorowany św. Albert Chmielowski, „brat opuchlaków”, jak go nazywano, zmarł 25 grudnia 1916 r., w Krakowie. Pogrzeb, w którym uczestniczyły tysiące krakowian, zwłaszcza tych najbiedniejszych, był wyrazem powszechnego przekonania o niezwykłości życia tego człowieka, o jego świętości. W 1938 r., prezydent Polski Ignacy Mościcki nadał mu pośmiertnie Wielką Wstęgę Orderu Polonia Restituta za wybitne zasługi w działalności niepodległościowej i na polu pracy społecznej. Wyniesienia Brata Alberta do chwały ołtarzy, zarówno beatyfikacji (w roku 1983 r., w Krakowie), jak i kanonizacji (12 listopada 1989 r., w Rzymie) dokonał Ojciec Święty Jan Paweł II. Relikwie Świętego znajdują się w Sanktuarium Świętego Brata Alberta „Ecce Homo” w Krakowie, a na zakopiańskich Kalatówkach można w zadumie stanąć w drzwiach celi św. Brata Alberta i zobaczyć, jak niewiele potrzebował do tak pięknego życia. 2. Literacka wizja dzieła świętego Brata Alberta. Dramat „Brat naszego Boga” napisany przez Karola Wojtyłę jako studium przenikania człowieka składa się z trzech części: - Pracownia przeznaczenia, - W podziemiach gniewu, - Dzień Brata. Pierwsza z nich ukazuje Adama Chmielowskiego wśród przyjaciół w jego pracowni - mieszkaniu. To oni opowiadają o pierwszym zetknięciu się Adama z nędzą w piwnicy krakowskiej ogrzewalni. Po wieczorze spędzonym u hrabiego Z., w drodze zaskoczyła ich burza, więc schowali się w bramie ulicznej, a Adam nacisnął jakąś klamkę i wszedł między leżących na pryczach i cuchnących smrodem bezdomnych biedaków. Mocnym echem odbijały się jego kroki po udeptanym twardym klepisku, a gdy wrócił do swych przyjaciół, wyglądał strasznie – twarz miał jakby ulaną z zielonego wosku, a wielkie oczy przerażone. To doświadczenie było punktem zwrotnym w jego poszukiwaniach sensu życia i sztuki. On, ceniony malarz, zostaje kwestarzem na rzecz ubogich, niektórych przyjmuje w swoim domu, innym zanosi to, co zdołał użebrać. Zupełnie nie rozumieją go przyjaciele. Niektórzy dostrzegając napięcie społeczne związane z coraz liczniejszą biedotą i coraz większym kontrastem między biednymi a bogaczami, sugerują rewolucyjny kierunek rozwiązań, ale w Adamie zapaliła się już „iskra miłosierdzia” i powtarzając werset: Ubogich zawsze mieć będziecie… lecz Mnie nie zawsze macie… (por. Mt 26, 11; Mk 14, 7; J 12, 8) uczy się patrzeć na ludzi i na świat oczyma Boga. Dobrze wiemy z własnych doświadczeń, że takie spojrzenie nie jest łatwe, że ono zmusza do wewnętrznej przemiany i nie zawsze nas na to stać. Jak symbol tych trudności staje przed oczyma sylwetka starszego brata z 15. rozdziału ewangelicznej opowieści św. Łukasza o synu marnotrawnym i miłosiernym Ojcu. Nie potrafi ten syn patrzeć i myśleć jak Ojciec, choć był przekonany, że wszystko wypełniał zgodnie z wolą Ojca. W swoim sercu pozostał na etapie pretensji do ojca i niechęci do grzesznego brata. Z takiej postawy nie może się zrodzić miłosierdzie.

3. Metamorfoza – Adam staje się Albertem. Część druga dramatu – W podziemiach gniewu - przenosi nas do owej ogrzewalni, do której malarz Adam przynosi wyżebrane jedzenie i ubrania. Bezradnie patrzy, jak biedacy wydzierają je sobie z rąk i dochodzi niemalże do bójki, jak wnoszą pretensje, że to wszystko mało i nie najwyższej jakości. Ostatecznie Adam zostaje niemal wyrzucony z ogrzewalni. Po wyjściu na ulicę szamoce się wewnętrznie z sobą, a gdy dostrzega ledwie stojącego przy latarni pijaka, dociera do niego prawda, że on też jest synem Bożym, że w nim też jest obraz i podobieństwo Boże. Jeszcze nie umie Adam całkowicie odrzucić sztuki, a wie, że to będzie konieczne, gdy odda się do dyspozycji ubogich. Z tym problemem udaje się do spowiednika i słyszy jakże proste i znaczące pouczenie; Daj się kształtować miłości. Warto zapamiętać to zdanie na wszystkie nasze niepokoje duszy i niepewności („co dalej w życiu?”) – najważniejsza jest miłość i ona ma decydować o naszych wyborach. Ale warto też zabrać w swoją codzienność ten dobry kierunek, że gdy mam problemy i nie umiem sobie z nimi poradzić, to trzeba przedstawić je spowiednikowi i prosić o radę. Adam wraca do ogrzewalni, gdzie biedacy wciąż oczekują różnych da-rów, z bardzo jednak egoistycznym nastawieniem. Targany sprzecznymi myślami o wartości swojej posługi, Adam staje przed namalowanym przez siebie (zresztą niedokończonym) obrazem „Ecce Homo” i wypowiada jakże głęboką sentencję: – Jesteś jednakże straszliwie podobny do tego, którym jesteś – Natrudziłeś się w każdym z nich. Zmęczyłeś się śmiertelnie. Wyniszczyli Cię – To się nazywa Miłosierdzie. (…) Przy tym pozostałeś piękny. Najpiękniejszy z synów ludzkich. Takie piękno nie powtórzyło się już nigdy później – O, jakież trudne piękno, jak trudne. Takie piękno nazywa się Miłosierdzie. Jednak w dalszej części dramatu osoba nazwana Mówcą albo Nieznajomym nawołuje do rewolucji i neguje wartość miłosierdzia. Padają wręcz słowa: Nie oczekujcie miłosierdzia. Miłosierdzie was poniża… Strzeżcie się apostołów miłosierdzia! Są waszymi wrogami! Biedacy słuchają tych słów bez entuzjazmu, świadomi, że nie da się nimi oszukać głodnego żołądka i szczękających zębów. Oni nie mają dobrego pomysłu na swoje jutro. Karol Wojtyła pisał swój dramat, gdy w Polsce powstawał komunizm. Ów nieznajomy Mówca może sugerować osobę współczesnego Bratu Albertowi twórcy rewolucji, Lenina, nie ma jednak żadnych poważnych śladów, że się osobiście spotkali. Jest to więc po trochu rozprawa z poglądami marksistowskimi. Nie padają wprawdzie w dramacie wprost te słowa, ale można by podsumować problem stwierdzeniem, że ważniejsza jest „rewolucja duchowa”. W rozmowie ze swymi braćmi Brat Albert potwierdza, że bunt wobec ucisku i chęć wolności jest postawą uzasadnioną i nie potępioną, ale większą wolnością jest Miłosierdzie. Mówi: człowiek ma się dźwignąć do wszystkich dóbr – do wszystkich i do tych największych. Ale wtedy już zawodzi gniew, tu konieczne jest miłosierdzie. Ostatecznie Adam – ze słowami: oni mnie już trochę uważają za swego – pozostaje wśród nędzarzy, zdziwionych, że on naprawdę nic nie ma. Nie wspomina już o tym Autor zafascynowany wewnętrzną przemianą Bohatera, ale ta decyzja owocuje faktem, że Adam przestaje malować i wraz z włożeniem zgrzebnego habitu tercjarza franciszkańskiego przyjmuje imię Albert, nie korzystając już z nazwiska. W jednym z komentarzy czytamy: Umiera Adam Chmielowski a rodzi się Brat Albert. Umiera artysta a rodzi sługa ubogich. Żebrał dla żebraków, tak – by ci stali się ludźmi, by tchnąć w nich Boże, nadprzyrodzone życie. Wiele lat później, już jako arcybiskup Krakowa, Karol Wojtyła w kazaniu na 50-lecie śmierci Brata Alberta powiedział: Brat Albert Chmielowski – była to natura bardzo bogata, wszechstronnie uzdolniona […] Ponad to bogactwo natury uderza w nim przede wszystkim bogactwo łaski. Łaska Boża, to jest sam Bóg udzielający się człowiekowi, przelewający się niejako do jego duszy. Im bardziej Bóg udziela się duszy, im bardziej się do niej przelewa przez dary Ducha Świętego, tym bardziej rzuca ją na kolana […] Ale Bóg w przedziwny sposób działa w dziejach człowieka […] Brat Albert rzucony na kolana przed majestatem Bożym, upadł na kolana przed majestatem człowieka, i to najbiedniejszego, najbardziej upośledzonego, przed majestatem ostatniego nędzarza […] Miłosierdzie i chrześcijaństwo jest wielką sprawą naszych dni. Jeżeli nie byłoby miłosierdzia, nie byłoby chrześcijaństwa, to jest jedno i to samo. W służbie miłosierdzia nawet nie fundusze są najważniejsze […] Najważniejszy jest człowiek; trzeba świadczyć swoim człowieczeństwem, sobą. Tutaj Brat Albert jest dla nas nieporównanym wzorem […] Trzeba, ażeby nasze człowieczeństwo wróciło w nowy sposób uwrażliwione na człowieka, jego potrzeby, jego niedolę i cierpienia i ażeby gotowe było świadczyć sobą, świadczyć gołymi rękami, ale pełnym sercem. Zostały już dawno zabezpieczone od zniszczenia, a wszystkie napięcia ustaliły się w trwałym fakcie życia przekształconego. Stara ogrzewalnia została przemieniona w schronisko, z dużym krucyfiksem z ciemnego drzewa na centralnej ścianie. Brata Alberta wspomagają w posłudze ubogim współbracia, którzy przez śluby zobowiązali się do życia zakonnego. Ukazany dzień z życia Brata Alberta jest jednym z ostatnich jego dni na ziemi. On sam jeszcze nie wrócił ze swym wózkiem z kwesty, ale gotuje się już woda na codzienną zupę dla biednych. Prosto i pięknie po swym powrocie Brat Starszy, jak nazywali Alberta współbracia, mówi o ubóstwie: … gotujecie wodę, a jeszcze nie wiecie, co przyjdzie do niej wsypać. Aż tu zajeżdża mały wózek […] wystarczy wsypać to, co przywieziono […] za godzinę wszyscy siadają do mis, za dwie – misy pomyte. Czy nie tak? […] – Już nic to, że nie potrzebujemy spichrzów ni spiżarni, ale to, bracia moi, że codziennie karmi nas i okrywa nasz Ojciec. W tę pozorną sielankę wbija się na kartach dramatu najpierw rozmowa Brata Alberta z młodzieńcem imieniem Hubert, muzykiem, który chce włączyć się w grono braci. Rozeznając motywy jego decyzji, Brat Albert mu odradza. Znamiennie brzmią słowa: Najpierw trzeba mieć całkiem nowe widzenie świata. Pan go nie ma… trzeba widzieć świat w wymiarach nędzy i upodlenia, i wiedzieć, ale to wiedzieć dokładnie, gdzie z tym wszystkim spotyka się Bóg, jaka nędza Go do ludzi przybliża, a jaka od nich oddala. A potem, w odpowiedzi na refleksje Huberta o prawdzie i jej poszukiwaniu, Brat Albert dodaje: No, właśnie. Powinien pan tego szukać jeszcze o własnych siłach. Takiemu jak pan nie wolno skracać drogi – ani – jej zbytnio ułatwiać. Po chwili rozstali się bez słowa. Cała ta scena może być doskonałą lekcją dla wielu młodych ludzi rozeznających swoją życiową drogę i swoje powołanie, by nigdy nie szli „na łatwiznę”. Napięcie dramatu rośnie, gdy niemal tuż po wyjściu Huberta, jeden z braci, Antoni, prosi Brata Starszego o krótką rozmowę i stawia sprawę jasno: Mam dosyć tej żebraniny – a potem dodaje – myślę, że moglibyście zrobić nieskończenie więcej dobrego, zrywając z waszym uporem. Albert wie, że nie tylko jeden Antoni wśród braci tak myśli i próbuje argumentować: Ależ, bracie, wszystko dobro dzieje się tu przez ubóstwo, a nieco później, czując coraz większe niezrozumienie, kontynuuje: Bracia moi, odebrałem wam wszystko, zażądałem od was wszystkiego. Nie łudziłem was żadną obietnicą. Czy miałem do tego prawo? Prócz tego włożyłem na was jarzmo. Ale szukam dla niego oparcia w każdym z was. Tam, gdzie nienawiść przeklętego brzemienia miała się przekształcić w jego ukochanie – zauważyliście już zapewne, że ja mówię o krzyżu. O naszym wspólnym krzyżu, który jest przekształceniem upadku człowieka w dobro, a jego niewoli w wolność. Nieco później dodaje: Syn Boży jest całą wolnością. Bez śladu niewoli. Dramat kończy się nostalgiczną refleksją Brata Alberta: Wiem jednak na pewno, że wybrałem większą wolność. Zakończenie. Zapewne wielu z nas dobrze pamięta słowa rozpoczynające Hymn VI Światowych Dni Młodzieży w Częstochowie, w 1991 r., autorstwa śp. o. Jana Góry: Ty wyzwoliłeś nas, Panie, z kajdan i z samych siebie – a Chrystus stając się bratem, nauczył nas wołać do Ciebie – Abba Ojcze! Jak bardzo potrzebna jest w naszym życiu głęboka zaduma nad sensem ubóstwa, wartością wolności, godnością dzieci Bożych i darem miłosierdzia – właśnie po to, by wciąż z wiarą i wdzięcznością z głębi serca mówić: Ojcze nasz... – Abba Pater! – i być na co dzień miłosierni jak Ojciec. Święty Brat Albert niech pozostanie niedościgłym wzorem i orędownikiem tej postawy. Wszak: Pewnego wieczoru przykuśtykał beznogi włóczęga wsparty o ramiona pijaków, hulaków i bezdomnych zamiast spisu dobrych uczynków w zabrudzonej od farb dłoni trzymał kromkę chleba nikt o nic nie pytał razem powędrowali do bram świętości.