Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Download Joomla Templates by NewJackets

Konferencja I

Opublikowano: czwartek, 02, sierpień 2018

CZWARTEK, 16.08.2018 r.
KONFERENCJA I
Sakrament bierzmowania – by żyć w mocy Ducha na co dzień

WPROWADZENIE

Tytuł obecnego roku duszpasterskiego brzmi: „Jesteśmy napełnieni Duchem Świętym”. Chcemy więc zwrócić w tym roku szczególną uwagę na Osobę Ducha Świętego, na Jego dary oraz na Jego działanie w nas, ludziach ochrzczonych. Z kolei patronem i wzorem, z którego chcemy czerpać przykład – jako, że obchodzimy aktualnie 450. rocznicę jego śmierci – jest św. Stanisław Kostka, patron młodzieży i patron Polski. Nasi biskupi, w wydanym Liście na Rok Świętego Stanisława Kostki, uzasadniają ten związek w następujący sposób: „Jeśli mamy w tym roku rozważać osobę i dary Ducha Świętego dane w sakramencie bierzmowania nie może być lepszego patrona niż ten, który został uzdolniony przez Ducha Świętego do «mężnego wyznawania wiary» w dojrzały i niebanalny sposób”. Przedmiotem naszej refleksji w czasie tej konferencji będzie więc działanie Ducha Świętego w moim i Twoim życiu, a osobą-tłem będzie życie św. Stanisława Kostki. Dar Ducha Świętego otrzymujemy w sakramencie Bierzmowania. I od tej chwili w sposób szczególny działa On w życiu każdego z nas poprzez swoje dary, charyzmaty, przez natchnienia i różnorakie łaski. Nie da się jednak ukryć, że nie we wszystkich działa On tak samo. Są osoby, w których działanie Ducha przejawia się wyraźniej. Są i takie, w życiu których uwidacznia się mniej. Pewnie zastanawiamy się, dlaczego tak jest, gdzie leży przyczyna, skoro każdy ma tego samego Ducha i każdy otrzymuje Jego siedem darów. DUCH ŚWIĘTY ŹRÓDŁEM DARÓW I OWOCÓW W ŻYCIU CHRZEŚCIJANINA Pierwsze pytanie, jakie winniśmy sobie postawić brzmi: jak współpra-cuję z Duchem Świętym i jakie owoce Jego działania przynoszę w swoim życiu? Musimy mieć świadomość, że postawione pytanie o współdziałanie z trzecią Osobą Trójcy i o owocowanie nie jest jakimś pytaniem drugorzędnym czy trzeciorzędnym, czy którymś tam w kolejności. Jest to pytanie fundamentalne. Posłuchajmy, co Pan Jezus powiedział do Apostołów: „Nie wyście Mnie wybrali, ale ja Was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał”(J 15,16). Jezus wybrał Ciebie i mnie w pewnym konkretnym, a zarazem praktycznym, celu. Na pewno nie po to, aby w Kościele polepszyła się statystyka. Jezus nie wybrał też nas po to, abyśmy „chodzili do kościoła”. Może dla kogoś będzie to zaskoczeniem, ale chodzenie do kościoła nie jest celem naszego chrześcijańskiego życia. Chodzenie do kościoła jest ważne, ale jest ono środkiem do osiągnięcia celu. Z tego „chodzenia do kościoła” musi jeszcze coś wynikać. I tutaj dochodzimy do sedna, bo celem naszego chrześcijańskiego życia – zgodnie ze słowami Jezusa – jest właśnie przynoszenie owoców oraz troska, by te owoce trwały i służyły innym. Żeby zobrazować jakoś powyższą myśl, można podać przykład biegacza długodystansowego. Pewnie każdy z was widział kiedyś, jak wygląda bieg na 10 tyś. metrów. Biegacz, mając zamiar przebiec dystans 10 km z dobrym czasem, po to, by zająć w rywalizacji jedno z czołowych miejsc, by zdobyć medal, musi rozłożyć siły na cały wyznaczony dystans. Nie może skupiać się tylko na początku biegu, tzn. pobiec bardzo szybko pierwsze dwa czy trzy okrążenia. Być może zrobiłby wtedy dobre wrażenie na publiczności i zebrał burzę oklasków, ale po takim sprincie najprawdopodobniej opadły by go siły i w ogóle nie ukończył biegu. Długodystansowiec nie może się zachowywać się jak sprinter. Długodystansowiec musi mieć przed swoimi oczami CEL. Jest nim linia mety, która znajduje się na dziesięciu tysiącach metrów. A pokonywanie w dobrym tempie poszczególnych okrążeń, to właśnie są środki do tego, by osiągnąć ten ostateczny cel – linię mety. Odnosząc to porównanie do naszej głównej myśli, trzeba zauważyć, że wydaje się iż czasami za bardzo koncentrujemy się na przebiegnięciu bardzo szybko tylko jednego okrążenia, tracąc z pola widzenia główny cel, do którego wezwał nas Jezus, jakim jest przynoszenie owoców. Przynoszenie owoców w całym naszym życiu: „abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał”. To, że uczęszczamy do kościoła, przyjmujemy sakramenty, spowiadamy się, uczestniczymy we Mszy św., w nabożeństwach, mamy czas na osobistą modlitwę, rozważamy Pismo Św., adorujemy Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie czy pielgrzymujemy – wszystkie te praktyki religijne nie są celem samym w sobie, ale są środkami prowadzącymi do tego najważniejszego celu. To znaczy, powinny służyć wzrostowi naszej wiary i świętości, które z kolei winny mieć praktyczne przełożenie na nasze codzienne życie: w małżeństwie, w rodzinie, w zakonie, na plebanii, tam gdzie mieszkamy, gdzie się uczymy (w szkole, na studiach), gdzie pracujemy (w firmie, w banku, w sklepie czy na budowie), w relacjach z sąsiadami, w gronie znajomych, rówieśników, na wakacjach itd. Wszędzie tam mamy „przynosić owoc” i starać się, aby ten „owoc trwał”. I właśnie TYM, który rodzi w naszym życiu te owoce, jest Duch Święty. Te owoce nie biorą się znikąd. Musimy mieć świadomość, że to Trzecia Osoba Boża w każdym z nas zamieszkuje i poprzez swoje siedmiorakie dary skutecznie w nas działa. Właśnie dzięki Jego obdarowaniu rodzą się w nas różnorakie owoce. Niektóre z nich – czytamy o tym w Liście do Galatów – św. Paweł wyli-cza: „ Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” (Ga 5,22-23a). To są owoce, można by powiedzieć, najbardziej podstawowe, fundamentalne. Dlaczego podstawowe? Bo jak kogoś cechuje np. radość, pokój, uprzejmość, dobroć czy łagodność, to do takiej osoby od razu lgną inni ludzie. Z takim człowiekiem lubimy przebywać, bo widać, że Duch Święty go przenika, że jest w nim obecny i w nim działa. Takim przykładem z czasów współczesnych niech będzie osoba św. Jana Pawła II. Jeżeli ktoś miał okazję przebywać w jego obecności, w jego bliskości, to doskonale rozumie, o czym pisze św. Paweł. Ale oprócz tych „podstawowych” czy „zasadniczych” owoców Ducha, są też inne owoce (plony), o których Apostoł tutaj nie mówi. To owoce rozumiane nieco szerzej, owoce naszego życia: pełnienie odkrytego powołania, wypełnianie jakiegoś dzieła (kościelnego czy świeckiego), do którego Bóg nas przeznaczył, jakaś odpowiedzialność we wspólnocie zakonnej, bycie liderem we wspólnocie kościelnej, funkcja w ramach wykonywanego zawodu, nauka w szkole czy zgłębianie wiedzy na studiach. Tym szerzej rozumianym owocem naszego życia, będzie również małżeństwo, decyzja o założeniu rodziny, urodzenie i wychowanie dzieci, troska i opieka nad nimi. W tych wszystkich rzeczywistościach, nie tylko w tych typowo kościelnych, religijnych, ale i w tych tak zwanych świeckich, jest obecny i działa Duch Święty. Działa po to, abyśmy powierzone nam dzieło wykonywali dobrze, tzn. nie po swojemu, ale zgodnie z Jego zamiarem, według Jego wskazówek. I po to właśnie Duch Święty dał nam w sakramencie Bierzmowania swoje dary, aby przez nie mógł nas codziennie kształtować i przemieniać od wewnątrz według swojego projektu. I teraz, w zależności od tego, jakie będzie moje i twoje otwarcie na Niego, na tyle będzie mógł przez nas przemieniać również rzeczywistość wokół nas. Będzie mógł to robić bardziej skutecznie lub mniej skutecznie. Tu właśnie możemy spróbować odpowiedzieć na pytanie, dlaczego u jednych chrześcijan działanie Ducha przejawia się wyraźniej, a w życiu innych osób uwidacznia się raczej słabo. Każdy z nas ma przecież tego samego Ducha, każdy otrzymał siedem darów Ducha Świętego. Gdzie zatem leży przyczyna tej „nierówności”? Otóż rodzenie owoców dokonuje się wtedy, gdy nie tylko słuchamy Słowa (szerzej: spełniamy różne praktyki religijne), ale gdy usłyszane Słowo wprowadzamy w czyn, wcielamy je życie. Ten moment, jakim jest przejście od słuchania do wypełniania, jest bardzo ważny. To właśnie jest jedna z kluczowych TAJEMNIC wyjaśniająca świętość tysięcy chrześcijan (świętych i błogosławionych) na przestrzeni wieków. Oni odkryli tę zasadę i stosowali ją w swoim życiu. Zachęcał do tego św. Jakub: „Wiedzcie, bracia moi umiłowani: każdy człowiek winien być chętny do słuchania, nieskory do mówienia, nieskory do gniewu. […] Wprowadzajcie zaś słowo w czyn, a nie bądźcie tylko słuchaczami oszukującymi samych siebie. Jeżeli bowiem ktoś przysłuchuje się tylko słowu, a nie wypełnia go, podobny jest do człowieka oglądającego w lustrze swe naturalne odbicie. Bo przyjrzał się sobie, odszedł i zaraz zapomniał, jakim był. Kto zaś pilnie rozważa doskonałe Prawo, Prawo wolności, i wytrwa w nim, ten nie jest słuchaczem skłonnym do zapominania, ale wykonawcą dzieła; wypełniając je, otrzyma błogosławieństwo” (Jk 1,19.22-25). Możemy więc słowa św. Jakuba podsumować następująco: jeżeli chcę otrzymać błogosławieństwo (tzn. wydawać dobre owoce/plony), powinienem we współpracy z Duchem Świętym stosować cztery kroki:

1. słuchać Słowa;
2. przyjąć je i rozważać w sercu;
3. wprowadzić je w życie;
4. wytrwać w nim.
Często najbardziej wymagającą (a często i bolesną) rzeczą w procesie owocowania jest rezygnacja z siebie, ze swoich planów. Owszem, możemy jeszcze wysłuchać słów Ewangelii. Stać nas nawet, by potem poświęcić czas i je rozważyć. Ale gdy przychodzi moment, by podjąć decyzję o wprowadzeniu usłyszanego Słowa w życie, wtedy najczęściej nasza natura zaczyna się buntować. Bo na przykład musimy Bogu coś oddać, bądź zrezygnować z czegoś co było miłe, powiedzieć komuś „nie” albo komuś przebaczyć. Rezygnacja z siebie kosztuje. Ale w tym właśnie wyraża się MIŁOŚĆ. Taka postawa przynosi owoce i błogosławieństwo! ŚW.

STANISŁAW KOSTKA: „DO WYŻSZYCH RZECZY ZOSTAŁEM STWORZONY” Wszystko to, o czym dotąd mówiliśmy było wyraźnie widoczne w życiu św. Stanisława Kostki. Ten młody Święty nie bał się żyć życiem bezkompromisowym. Urodził się w 1550 r. w Rostkowie na Mazowszu. Jego ojciec był kasztelanem, a krewni zajmowali znaczące stanowiska w ówczesnym państwie polskim. W wieku 14 lat, wraz ze starszym bratem Pawłem, wychowawcą Bilińskim oraz służącymi, wysłany został do elitarnego kolegium jezuitów w Wiedniu. Do nowego stylu życia i mieszkania w konwikcie, Stanisław przystosował się bez problemów. Chłonął wiedzę zarówno szkolną, jak i pouczenia duchowe, przekazywane w osobistych rozmowach i publicznych konferencjach, a także zaprzyjaźnił się z wieloma uczniami. Jednak po ośmiu miesiącach sytuacja się zmieniła. Maksymilian II, syn zmarłego króla, zażądał zwrotu budynku, w którym mieścił się konwikt. Starszy brat Paweł zadecydował, że Kostkowie przeniosą się do domu położonego w centrum, bardzo blisko kolegium. Dołączyło do nich jeszcze czterech innych uczniów z Polski. Stanisław wyraził wobec tego sprzeciw. Wolałby skromniejszy dom, w spokojniejszym miejscu, bardziej odpowiadającym nauce. Paweł jednak przerwał mu ostro: – Braciszku, pójdziesz tam, gdzie ja zadecyduję. Tak więc od tej chwili wszystko uległo zmianie. Teraz rządził brat, który zachowywał się jak dyktator. Pomimo, że biografie św. Stanisława mogły przesadzić, ukazując Pawła jako groźną postać. To jednak on sam, pod koniec życia wyznał, że rzeczywiście prześladował brata, i bardzo tego żałował. W tym czasie codziennie dochodziło do nieporozumień między braćmi. Stanisław wyrażał stale sprzeciw sumienia, nie podporządkowując się dyktatom starszego brata. Ten z kolei wpadał w gniew i wypowiadał obelżywe słowa. Towarzysze mieszkania hulali nie tylko w ciągu dnia, ale również w nocy. Co robił Stanisław? Wstawał o północy i klękał do modlitwy. Pozostali udawali, że śpią, a gdy już widzieli go klęczącego, wstawali, potykali się o niego, udając, że go nie zauważyli, depcząc go i kopiąc. To była ich ulubiona zabawa i czynili to wielokrotnie. Biliński, zamiast bronić Stanisława, stawał całkowicie po stronie hulaków. Stanisław jednak nigdy się nie poskarżył. Mimo iż spotykał się z brakiem zrozumienia w środowisku kolegów, nigdy nie wstydził się modlitwy. Często powtarzał, że „trzeba więcej podobać się Bogu, niż bratu”. Za swoją życiową dewizę obrał wyznanie: „Do wyższych rzeczy zostałem stworzony i dla nich winienem żyć” – nie było w tych słowach ani pychy, ani pogardy dla tego, co małe, ale świadomość godności człowieka i tęsknota za tym, co święte i doskonałe. Po dwudziestu jeden miesiącach życia w nowych warunkach Stanisław ciężko zachorował. Pozostawał w łóżku przez kilkanaście dni.

Paweł przestraszył się, podobnie jak inni towarzysze, a także Biliński. Zmienili swoją postawę, na pewien czas zapomnieli o urazach i zaczęli go pielęgnować. Chory miał jednak pragnienie, którego nikt nie odważył się spełnić: chciał przyjąć komunię świętą. Z pewnością właściciel domu, Luteranin, nie pozwoliłby, by do jego domu przyniesiono Najświętszy Sakrament. Stanisław zaczął się modlić i spełniło się jego pragnienie. Później sam opowiedział o tym wydarzeniu jednemu z nowicjuszy w Rzymie: – Pewnego razu byłem chory w domu heretyka i chciałem przyjąć komunię. Poleciłem się świętej Barbarze i pokazała się w moim pokoju z dwoma aniołami, którzy przynieśli mi Najświętszy Sakrament. Fakt ten opisał również Biliński w takich słowach: Stanisław był spokojny, przytomny i sprawiał wrażenie zajętego sprawą nieba, gdy nagle zerwał się z nieludzką siłą, wyprostował na łóżku i powiedział mocnym głosem: – Proszę uklęknąć, święta dziewica Barbara nadchodzi z nieba z dwoma aniołami, a jeden z nich przynosi mi Ciało mojego Pana, Jezusa Chrystusa. Stanisław głęboko się skłonił, uklęknął na łóżku, wypowiedział trzy razy: – Panie, nie jestem godzien, otworzył usta i wyciągnął język, aby przyjąć komunię. Dzięki świętej Barbarze odzyskał również całkowicie zdrowie. Decyzja Stanisława o wstąpieniu do zakonu jezuitów od początku spotykała się z ostrym sprzeciwem jego rodziców. Zwłaszcza ojciec uważał, że ma lepszy pomysł na jego życie. Stanisław odkrył powołanie i chciał na nie odpowiedzieć za wszelką cenę. Potrafił walczyć o realizację woli Bożej w swoim życiu. Rozumiał, że kiedy musi wybierać między wolą rodziców, presją środowiska a wolą Boga, powinien słuchać Boga. Po wielu miesiącach upokorzeń, doznanych ze strony brata, siedemnastoletni młodzieniec opuszcza Wiedeń. Przemierza blisko 600 km i udaje się do Dylingi w Bawarii, do przełożonego jezuitów i tam chce wstąpić do zakonu. Dylinga okazała się dla niego trudnym doświadczeniem. Nikt nie witał go tam z otwartymi ramionami. Przyjęto go na próbę i posłano go do sprzątania pokoi oraz pomocy w kuchni. Stanisław jednak zwyciężył. Musiał zaimponować starszym braciom swoją determinacją i pokorą, skoro przełożony napisał o nim: „Spodziewam się po nim rzeczy wielkich”. Ostatnim etapem życia Stanisława był pobyt w Rzymie. Po przejściu na piechotę ponad 1500 km (Wiedeń-Augsburg-Dylinga-Monachium-Rzym) i dotarciu do Wiecznego Miasta był szczęśliwy, choć nadal odbierał od ojca listy pełne gróźb. Nie bacząc na to złożył śluby zakonne, gdy miał 18 lat. Pewnego dnia, poruszony słowami rekolekcjonisty, że każdy miesiąc bracia winni spędzać tak, jakby to był ostatni miesiąc w ich życiu, Stanisław wyznał, że ma przed sobą tylko jeden miesiąc życia. We wspomnienie św. Wawrzyńca – 10 sierpnia – napisał list do Matki Bożej z prośbą o wyjednanie mu łaski śmierci w święto jej Wniebowzięcia. Okazało się, że jeszcze tego samego dnia zachorował, a 15 sierpnia 1568 roku zmarł.

PRZESŁANIE DLA NAS: CZEGO UCZY NAS ŚW. STANISŁAW? Jakie przesłanie płynie dla nas z roku poświęconego Duchowi Świętemu i roku św. Stanisława Kostki? Żyjąc w XXI wieku nie powtórzymy dokładnie czynów św. Stanisława. Nie o to zresztą chodzi. Naszym zadaniem jest raczej zrozumienie darów Ducha Świętego, którymi został obdarowany Stanisław i wyciągnięcie wniosków z jego życia dla nas. Znamy już jego życiorys. Wiemy, jakie miał życiowe cele, jak bardzo był zdeterminowany, jak ciężko pracował i starał się, ale też jakim męstwem wykazał się, aby jego życie okazało się owocne. Współpraca z Duchem Świętym i jego darami zaowocowała w nim świętością. Dzięki darowi rozumu Stanisław nie dał się zwieść mirażowi wygodnego życia, zabezpieczonego majątkiem rodziców. Dzięki darowi mądrości potrafił przeciwstawić się panującym modom i naciskom grupy. Nie chciał ani imponować, ani uczynić z życia jednej wielkiej rozrywki. Dar umiejętności pozwalał Stanisławowi być silną osobowością, miał klasę i swój niepowtarzalny styl. Dzięki darowi rady do końca zachował wolność. Pytał Boga, co się Jemu podoba i według otrzymanych od Niego wskazań żył. To nie był młody człowiek, który nie wie, po co żyje, jest znudzony i apatyczny, żądający od innych, a nie dający nic z siebie. Nie pozwalał sobie na eksperymenty w poszukiwaniu szczęścia. Wiedział, że ten świat nie zaspokoi jego tęsknot, że prędzej czy później poczułby się w nim oszukany lub zawiedziony. Wiedział, że charakter – to nie tylko sprawa dziedziczenia cech po przodkach, nie tylko wpływ środowiska, ale rzetelna praca nad sobą. Wiedział też, że stawać się dojrzałym człowiekiem, to podejmować trud rozwoju. Dzięki darowi męstwa Stanisław nie był mięczakiem, który mówi „ taki już jestem”, a zło usprawiedliwia słabością, albo obwinia za nie innych, czy też oskarża warunki zewnętrzne i historię. Patrząc na jego krótkie życie widzimy, że odwaga i męstwo w dążeniu do celu wybija się na plan pierwszy. Niezwykły dar pobożności uzdolnił go do gorliwego chwalenia Boga i służenia Mu z synowską miłością. Przysposobił Stanisława, aby całym sobą na tę miłość odpowiedział. Zaś dar bojaźni bożej uczynił go czujnym ogrodnikiem wyrywającym ze swej duszy chwasty słabości i grzechu, aby wyrosły piękne kwiaty i owoce. Życie tego 18-letniego Świętego pokazuje, jak Stwórca wciąż dzieli się ze stworzeniami swoją świętością, nie zatrzymując jej tylko dla siebie. Młodzieniec ten jest dowodem na to, że świętość można osiągnąć w każdym wieku, miejscu i czasie. Warto na zakończenie przytoczyć jeszcze wspomnienie człowieka, który miał szczęście poznać Stanisława osobiście: „Postępował jak anioł z nieba – tak o młodym nowicjuszu z Polski pisał o. Giulio Fazio, ówczesny magister nowicjatu – Był wyjątkowo pokorny, gardził honorami, światem i samym sobą, spełniając z wielkim oddaniem najniższe posługi domowe, ukrywając swoje szlachectwo i talenty, które otrzymał od Boga. Jego skromność była podziwu godna, jego posłuszeństwo najbardziej dokładne, a zawsze był radosny i miły. Dla innych był łagodny, tylko wobec siebie wymagający i surowy. Nie wypowiedział nigdy żadnego słowa nierozważnego, niepotrzebnego i niewłaściwego, dostosowując całe swoje postępowanie do reguły”.